piątek, 31 stycznia 2014

No matter where you go, there you are.

Tydzien pelny przemyslen.
Bo po co tak naprawde wyjechalam?
Czy zle mi bylo w moim ogromnym lozku z sliniacym sie we snie psem lezacym w nogach? Mama podajaca sniadanka do lozka? Babcia robiaca obiady na zawolanie? No nie. Bylo ekstra.
Ale chyba wlasnie po to wyjechalam, by nauczyc sie bez tego zyc. Moja mama wciaz mi powtarza, gdy dzwonie do niej zaplakana, bo deszcz pada (tak, au pair potrafi plakac z tego powodu): "Kochanie, ja wieczna nie jestem, musisz sie z tym uporac sama". I wiem, ze ma racje. Jestem tu, by uporac sie z tym sama - z dorosloscia. Wyjazd w tym wieku to taka terapia wstrzasowa. Bo nawet w nd nie moge wpasc do domu na cieply rosol.
Czesto o tym mysle, jak bedzie gdy wroce. Co sie zmieni, co zostanie takie same. No bo przeciez to juz blizej niz dalej - 29 stycznia minelo pol roku :)
I dochodze do wniosku, ze moge byc pewna tylko jednej rzeczy, ktora bedzie taka sama po powrocie - JA. Troche starsza, bo dwudziecha zaraz strzeli. Troche dojrzalsza, zaradniejsza, z lepszym angielskim, odwazniejsza.. ale ta sama. Kochajaca chipsy i kawe. Wykorzystujaca ludzi do drapania po plecach. Ogladajaca horrory, nawet gdy potem w nocy nie moze spac. Szalejaca na punkcie Shakiry...

Dla tych, ktorzy wciaz zastanawiaja sie nad wyjazdem i nie wiedza jaka decyzje podjac:

1. Przyjaciele? Zawsze beda. Ich grono na pewno sie wykruszy. Zostana nieliczni. I oni nawet czasem beda cie wkurzac: "Nie odpisuje mi drugi dzien, na pewno o mnie zapomniala!" No nie. Zycie tam dalej sie toczy, kazdy ma swoje zajecia. I chociaz zyczylabym sobie, zeby moi znajomi czesciej sie do mnie odzywali, nie mam im tego za zle. Tak, to prawda, wypadniesz z tego pociagu i zmienisz kurs. Ale predzej czy pozniej i tak to by sie stalo ;)

2. Chlopak/dziewczyna? Jest ciezko, nie ma co ukrywac. Czasem lepiej, czasem gorzej. Skejpowa milosc z czasem zaczyna wkurzac, relacja sie oslabia. Zastanawiasz sie czy bylo warto. To nie jest tak, ze poswiecasz milosc na spelnianie marzen. Jesli naprawde sie kochacie i jest to prawdziwe, to to przetrwacie. Jesli nie - no to po co tracic czas na cos nieprawdziwego co z czasem samo sie rozklei - idz spelniac marzenia!

3. Strach przed porazka? Porazki nie ma dopoki walczysz.

To duzo powie o zyciu zagranica: http://thoughtcatalog.com/kailee-mcevoy/2014/01/6-things-no-one-ever-tells-you-about-living-abroad/

Dlatego gdybym miala podjac te decyzje jeszcze raz, zrobilabym to samo.

"No matter where you go, there you are."

Ps. Pozdro dla szwagra ;)





niedziela, 26 stycznia 2014

To i tamto, to wszystko

Grudzien. Oj nigdy wiecej takiego grudnia. Swiatla swiatelka, muzyczka, nastroj.. wszo swiateczne. I bylo by to idealne, gdyby.. moj chlopak, grupka moich przyjaciol, siostra, rodzice, dziadkowie, siostrzenia, pies.. gdyby wszyscy byli ze mna. To bylo jedno wielkie czekanie. Czekanie na 19 grudnia. Wylot na swieta do polski. Dluga podroz, stres, nerwy, radosc, szczescie, lzy. LZY. Ciagle i bez umiaru. Zobaczenie rodzicow i siostry na lotnisku po 5 miesiacach? Nie wiem, nie wiem jak mam to nazwac. Nie moge tego z niczym porownac. Moje najdrozsze dziecko na swiecie, moja siostrzenica bez zadnych obaw przytulila sie do mnie: "ciocia Kasia przylecia z Ameryki". Moj najwiekszy strach, ze ona bedzie mialy obawy co do mnie - prysl. I lzy, lzy, lzy. Taka duza, a tyle juz mowi. I ja nie bylam tego czescia.
Teraz moge juz o tym napisac: moj chlopak nie wiedzial, ze przylatuje 19 grudnia. Moja siostra zaprosila go do siebie na pogaduszki, a gdy zapukal do drzwi, ja mu je otworzylam. NIE DO OPISANIA.
10 dni cieszenia sie tym, co jeszcze pare miesiecy temu bylo moja codziennoscia. No i JEDZENIE!
Wigilia z cala rodzina. PIEROGI I USZKA. Normalne mleko, CHLEB, prawdziwe mieso. I nic nie jest slodkie. Juz zapomnialam, ze szynka moze nie byc slodka, a i w chlebie nie ma cukru.
Najlepsze wakacje jakie mialam, i o dziwo w domu. Cudowny czas. Dziekuje wam ;*

Bylo milo, ale sie skonczylo. 30 grudnia historia powtorzyla sie z 29 lipca. Nieprzespana noc, wczesnym rankiem wyjazd do Berlina. To samo miejsce, te same lzy. Ale nie bylo az tak zle, jak to sobie wyobrazalam. Szczerze mowiac, bukujac bilet do Polski we wrzesniu, przechodzilo mi przez mysl, ze juz nie wroce do USA. Ale to by bylo niemozliwe. Ja mialabym czegos nie skonczyc? Poddac sie i uciec? Zostawic moja wspaniala rodzine w Stanach? Nie, to nie ja. JA dam rade.
No i dalam, znow tu jestem :) Pozegnanie na lotnisku, w tym samym gronie: ja, rodzice i moj chlopak, nie bylo takie straszne. Plakalam, ale caly czas sie usmiechalam. Wiedzialam gdzie lece. Znam to miejsce i ludzi, wiem co mnie czeka. A co czekalo? Sylwester w Nowym Jorku! A z kim? Z Polska! Z Asia, Joonka.
Dopiero sie pozegnalam z Polska, a po 8h znow ja przywitalam. Rzucilysmy sie na siebie i znow bylo dobrze.
Dolaczyla do nas Mita i tak oto, wciaz zyjac na walizkach, z Manhattanu na Bronx i spowrotem. Zimno, bardzo zimno. Szybki ogar i jedziemy na rooftop hotelu przy Time Square, by celebrowac nowy rok. I bylo bardzo fajnie.
I znow powtorka z wyprawy do Filadelfii - nie spalam prawie 3 doby i mdlalam juz ze zmeczenia.
Ale dalysmy rade, pojechalysmy do DC kolejnego dnia, majac jeszecze tydzien wolnego, same w domu! Swietnie spedzony czas. A potem.. znow pozegnanie.
Doceniasz wszystko bardziej, gdy tak czesto musisz sie zegnac z kims, na kim ci zalezy, kto do niedawna byl czescia twojego zycia, codziennie.
I tak potem jakos wszystko wrocilo do normalnosci. Praca, dzieci, weekendy z dziewczynami. Smiech, a potem placz. Szalenstwo, a potem tesknota.
I znow minal miesiac, kolejny miesiac. A co to oznacza? Ze za 2 dni, 29 stycznia minie polowa. Polowa juz za mna. Do konca tej przygody juz blizej niz dalej. Z jednej strony niesamowicie sie ciesze, z drugiej.. jest dziwnie.
Hostka powiedziala mi, ze w najblizszym czasie zabierze sie za szukanie kolejnej au pair. Serio? Juz? To juz zaraz bede zyla ze swiadomoscia, ze niedlugo jakas Kowalska bedzie spala w moim lozku? Ze w szafie beda jej ubrania zamiast moich?
A wiecie czemu Kowalska? Hostka chce Polki! Ale sie ucieszylam. Jestem dumna, bo to oznacza, ze wykonuje dobrze swoja robote, ze jest zadowolona, ze dobrze "reklamuje" swoj kraj heheh.
Hostka jest naprawde cudowna osoba i zyje mi sie w tym domu super. Jest otwarta na wszystko, uwielbia moje kolezanki i wciaz przesiadujemy u mnie w jej towarzystwie.
Z dzieciakami tez bez problemow.
Najwazniejsza rzecz na swiecie? MOJA MAMA DOSTALA WIZE I JUZ MA BILET DO USA!
7 kwietnia przylatuje na calutki miesiac. Miesiac w Stanach z moja mama - ME GA!
A 29 stycznia zaczynam zajecia na Georgetown University w DC. Stres, bo mam egzamin wstepny i nie wiem czego sie spodziewac. Zapisalam sie na przygotowanie do egzaminu Toefl.
No i tak jakos leci, raz lepiej, raz gorzej.. Bardzo tesknie. Czasem az nie do wytrzymania. Ale potem przychodzi kolejny dzien i kolejny.. A teraz bedzie juz tylko coraz lepiej, bo coraz cieplej i dni dluzsze.
Wspominalam, ze tutaj jak spadnie odrobina sniegu, to od razu zamykaja szkoly i ludzie nie chodza do pracy? No smiech na sali. 5cm sniegu nazywaja burza sniezna. Nie wiedza co to opony zimowe i ogolnie taka ta Ameryka.. zacofana xd
Moja hostka jest przeswietna. Wiedzac, ze moj chlopak interesuje sie lotnictwem, zdobyla dla niego kurtke pilotke, taka typowo amerykanska z filmow :D
W zamian oczywiscie moj mezczyzna rowniez przekazal prezent dla niej, wiec jest juz wkupiony w moja amerykanska rodzinke i moze wpadac xD

Dziekuje najblizszym, ze rozumieja kazdy moj stan, wspieraja mnie zawsze i zyja moim zyciem tutaj wraz ze mna. Bardzo was kocham i przerazliwie tesknie. Ale wciaz tu jestem, wiec nie jest chyba az tak zle :)
Dziekuje rowniez moim kochanym laseczkom tutaj, ze ze mna trwaja, pomagaja i rozumieja.
Dziekuje, ze spotykam dobrych ludzi na mojej drodze.
I duze przepraszam, ze tak zamulilam z blogiem i to olalam. Ale czasem tak jestem smutna, ze nawet nie mysle o napisaniu czegokolwiek. A potem jestem tak szczesliwa, ze po prostu nie mam czasu :)
Bedac tutaj codziennie ucze sie siebie.
A wiecie co jest najbardziej przerazliwe? Czas. Czas, ktory wciaz plynie, nie da sie go zatrzymac i wciaz pokazuje nam jak bardzo nie doceniamy chwil.
Bo 4 tyg. temu jeszcze lezalam w jego ramionach, a dzis juz tylko przytulam miska od niego.
Bo 6 tyg. temu cieszylam sie na wyjazd do Polski, a dzis juz planuje wycieczki po Stanach z moja mama.
Bo w pazdzierniku kupilam bilet na JT mowiac: "Yep, super, ale to za 5 miesiecy" A teraz zastanawiam sie w co sie ubrac, bo to juz zaraz.
Czy to nie magiczne? Ale i smutne i straszne?
Dlatego jutro, gdy sie obudze i wstane z lozka, zrobie to z usmiechem na twarzy, bo ten dzien juz nigdy wiecej sie nie wydarzy.
Nie moge sie doczekac, gdy bede juz w Polsce, ale nie jestem jeszcze gotowa, by tam wracac.
Kocham to, co mam.
Sciskam!