sobota, 30 listopada 2013

Ta ostatnia niedzielaaa..

Jak to mowia: raz na wozie, raz pod wozem. Glownie jest na wozie, ale ostatnio zdazylo sie i pod.
Ostatnia niedziela: dziwny niepokoj, zdenerwowanie, stres. Pozegnalam dziewczyny po wspolnym sleepover, zamknelam drzwi i.. ryk. Lzy leca, dom tonie. A najlepsze bylo to, ze sama nie wiedzialam dlaczego. Kompletnie nie wiedzialam co tak naprawde czuje. No to polozylam sie i zaczelam myslec. Pytac sama siebie. I wymyslilam. Takie mnie naszlo poczucie, ze to wszystko nie ma sensu. Bycie tutaj to jedno wielkie czekanie. W tygodniu czekanie, by skonczyc prace, by dzien sie skonczyl. W weekend odhaczanie kolejnego zakonczonego tygodnia. Skreslanie go na kalendarzu. I smutne uczucie: "Dlaczego nie moge tego wszystkiego dzielic z najblizszymi?" To uczucie jest wszedzie. Gdy jem pyszne lody i wiem, ze to ulubiony smak mojej mamy. Gdy zwiedzam muzem z Jamesem Bondem i wiem, ze to ulubiony film mojego taty. Gdy jestem na jakims super meczu i zaluje, ze nie moze byc tam ze mna moj chlopak. Gdy siedze w jakies fajnej knajpce i marze o towarzystwie mojej siostry. I nachodzi mnie ta glupia pustka. Nic nie cieszy. Meczy pytanie: "Co ja tu robie?". Ostatnio stwierdzilam, ze to nie ma sensu. Powinnam byc tam, w Polsce, zaczac PRAWDZIWE zycie z moim chlopakiem, pojsc na studia. Spedzac czas z ludzmi, ktorych kocham. No i zaczelo sie: "Mamo, tato, nie chce tu byc".
Stwierdzilam, ze trace tu czas. Trace czas na czekanie. Teraz na czekanie do swiat, czyli polecenie do Polski, potem pewnie na przyjazd mojej mamy, potem na przyjazd chlopaka, a potem, by zakonczyc juz moj rok tutaj.
NA SZCZESCIE ci najwazniejsi i prawdziwi zawsze sa ze mna, gotowi na przegadanie mi do rozumu, nie biorac pod uwage roznicy czasu :)
No to tak sobie poplakalam pare dni, nie do konca rozumiejac samej siebie.
Minely 4 miesiace, wiec chyba przyszedl czas na kolejny, drugi kryzys.
Ale dzieki rozmowie i pomocy moich najblizszych udalo mi sie to przezwyciezyc.
"Everything that kills me, makes me feel alive". Jestem tu, teraz tutaj mam swoje zycie. Wybralam to. Jestem tu po cos. Tak, to rok przerwy w "prawdziwym zyciu", ale to rok ciezkiej pracy. Samodzielnosci, odpowiedzialnosci, podejmowania samodzielnych decyzji, odwagi...
Juz jestem inna osoba. To wszystko dzieje sie po cos. Ja tym kieruje. Ja podejmuje decyzje. Ja jestem pania swojego zycia.
To normalne, ze czasem dopada mnie strach, tesknota, zmeczenie. Brakuje mi domu, normalnosci, poczucia bezpieczenstwa.
Ale to wszystko sprawia, ze jestem tak silna osoba, ze nigdy nie wyobrazalam sobie, ze moge sie taka stac. To, co kiedys bylo dla mnie duzym problemem, teraz nie ma dla mnie zadnego znaczenia.
To nauka zycia. A ja tutaj ucze sie zycia kazdego dnia.
Czasem juz nie moge, wszystko mnie przerasta, chowam sie pod koldre i nie chce spod niej wyjsc. Ale zawsze wychodze, staje na nogi, patrzac w lusto mowie: "Dasz rade!" i zawsze daje rade.
Tesknie. Bardzo mocno i kazdej minuty. Ale nigdy nie zaluje mojej decyzji. Zawsze w takich chwilach zadaje sobie pytanie: "Gdybys mogla teraz sie spakowac i wrocic do domu, zrobilabys to?" Zawsze moja odpowiedz brzmi NIE. A to oznacza, ze to wszystko ma sens.
Takze strach i tesknote chowam do kieszeni, nie poddaje sie i ide dalej przekraczas swoje wlasne granice.
DZIEKUJE wam wszystkim za pomoc. I tym w domu w Polsce, i tym w domu w Ameryce. WY wiecie. Kocham bardzo.
"No matter where life takes me, find me with a smile"

wtorek, 26 listopada 2013

Zyje!

No hej! Tak wiem, przepraszam. Nie pisalam milion lat, a dokladnie miesiac. Ale po kilku upomnieniach usiadlam i.. oto jestem!
Przez ten miesiac duzo sie wydarzylo, a jednoczesnie nic. Doszlam do wielu wnioskow i trudno mi teraz zebrac wszystko do kupy i napisac, ale sprobuje.
Z gory wybaczcie za moja polszczyzne, ktorej coraz dalej do poprawnosci. Tak, moj jezyk sie amerykanizuje i coraz czesciej trudno mi sie wyslowic.
No wiec wszystko po krotce. Zaczne od Halloween! Cos NIE SA MO WI TE GO. Amerykanie maja swira na punkcie tego swieta. 31 pazdziernika ubralam sie w piekny kostium lalki barbie z Toy Story i wybralam sie na candy hunting z chudym (M.), jessie (K.), jej koniem (C.) i.. naprawde nie wiem kim byla moja HM, ale tez kims z tej bajki i wygladala zabojczo.
Zbieralismy cukierki w naszej okolicy. Okazalo sie, ze policja nawet pozamykala ulice z tej okazji. Dzieciaki biegaly od domu do domu, a ja.. wraz z nimi :D
Ludzie byli szaleni. Domy byly udekorowane w niewyobrazalny dla was sposob. To wygladalo jak jedna wielka straszna ulica z filmu. Niektorzy nawet zakopywali sie w ziemii, a pozniej nagle wyskakiwali :D
Nazbieralismy trzy ogromne reklamowy slodyczy, ktorymi wciaz do tej pory, kazdego dnia sie zajadamy :)
Potem wybralam sie z dziewczynami do Georgetown w DC na parade. Na najwiekszej ulicy kazdy wyszedl po prostu zaprezentowac sie w swoim przebraniu. I to byl szal. Ruch kierowany przez policje, ogromny korek, ludzie wyskakiwali z samochodow, leciala glosna muzyka, kazdy tanczyl, nawet na maskach samochodow. Byl tak ogromny tlum ludzi, ze nie mozna bylo przejsc przez jezdnie. A kostiumy szalone! SZALONE. Nie da sie tego opisac. Ale mam zdjecia i nagrania :)
A po Halloween.. no tak w sumie to tydzien za tygodniem. Listopad minal mi bardzo szybko i to jest super. Moja HM wyjechala sluzbowo na Floryde na 4 dni, wiec zostalam z dzieciakami i moj grafik sie troszke poprzesuwal, bo nocowala u nas niania z piatkow do pomocy. Ale bylo w porzo, dzieciaki bez wiekszych problemow, juz sie przyzwyczailam.
Oprocz tego wybralam sie na weekend trip do Filadelfii z Kacha i jej 3 kolezankami.
Pojechalam do niej w pt, nocowalam, czego nocowaniem nazwac w sumie nie mozna, bo ok. 2 rano pojechalysmy juz odebrac tamte dziewczyny i ruszylysmy do DC na busa. Dostalysmy sie tam rano, ok. 10 i caly dzien w sumie poswiecilysmy na zwiedzanie. Fajne miejsce, inne niz tutaj okolice DC. Wykupilysmy wczesniej na grouponie wycieczke autobusowa i to najlepsze co moglysmy zrobic, bo dzieki temu zobaczylysmy wszystko co fajne, a bylo smiesznie, bo siedzialysmy na gorze autobusu bez dachu i pomimo tego, ze bylo mega zimo, a mi na taka pogode nieprzygotowane, bo to pierwsze zimne dni, to dzielnie tam siedzialysmy, a nawet wybralysmy sie drugi raz :D No i dowiedzialysmy sie duzo fajnych rzeczy, miedzy innymi, ze Tadeusz Kosciuszko tam mieszkal. Bylo smiesznie jak uczylysmy przewodnika wymawiac "Kosciuszko".
No i tak w miedzyczasie pyklo mi tu 100 dni. I rocznica z moim ukochanym. Pierwsza i najbardziej oryginalna rocznica xD Nie plakalam, a to najwazniejsze. Kocham <3
Moja mama miala tez urodziny, osiemnaste oczywiscie.
Bylam rowniez na koncercie Macklemore'a! I to bylo MEGA! Cala sala ludzi. Ogromny, spiewajacy i tanczacy tlum. Ludzie wrecz szaleli. A on.. on jest niesamowity. Szczery, naprawde dobry w tym co robi. Odwalil kawal dobrego show. No i.. przystojny nawet tez jest :D na pewno bardziej niz w tv ;p
Nie uwierzycie jaka mialam gesia skorke, jak pierwszy raz zagral Can't hold us. A przed zagraniem Same Love, na scene wyszlo dwoch gejow i jeden oswiadczyl sie drugiemu. Plakalam tam jakies 3 razy. Mega duzy kop pozytywnej energii.
Kolejna mila rzecz: Kasia w koncu jezdzi legalnie :D Zdalam prawko!
To byl dlugi i meczacy dzien i ciezko bylo znow jechac "takjaksiepowinno", rece ne kierownice itp. ale ZDALAM!
W ostatni weekend moja rodzinka znow pojechala do Ohio do rodziny na slub, wiec ja mialam wolna chatke przez 3 dni. Relax, spanko, sleepover z Mita i Kacha. Wybralysmy sie do klubu, kina i takie tam.
No i ostatnia niedziela.. Ostatnia niedziela byla inna, dziwna, kryzysowa. Ale to juz przy kolejnym wpisie, bo czas ogarniac sie spac.
W kazdym razie zyje, mam sie dobrze. Lzy nie sa mi obce, ale smiech rowniez nie jest.
Pozdrawiam kazdego kto tu zaglada, fajnie jest widziec taka duza ilosc wejsc.
I dziekuje kazdemu, kto nie zapomnial o moim istnieniu i odezwie sie czasem :)
I na koniec to, co ciagle chodzi mi po glowie: "Only hate the road when you're missing home.." 3 tygodnie i spodziewaj sie mnie, Polsko! <3