wtorek, 27 sierpnia 2013

Miami, Miami.. i po Miami

W Miami bylo jak to w Miami: plaza, drinki, zakupy, restauracje, basen, imprezy, wycieczki.. no ciezkie zycie :P
W czwartek o godz. 7 wieczorem skonczylam prace i byl to najlepszy moment w moim zyciu. Nie interwsowalo mnie juz nic, pakuje manatki i leceee. Kase dostalam od hostki z gory za 2 tygodnie, bo przeciez trzeba za cos sie bawic na wybrzezu :D Noc spedzilam u Mity, bysmy razem dotarly na lotnisko. Zanim poszlysmy spac, uczcilysmy nasza wyprawe po duzym piwku (tak, mamy sklep gdzie nie sprawdzaja ID), wiec w sumie spalysmy jakies 2-3h.
Z DC do Charlotte w Polnocnej Karolinie, stamtad do Miami! W Miami pierwsza podroz zolta taksowka, oczywiscie wszystko uwiecznione aparatem. Tak, z lotniska do samego hotelu taksa, a co sie bedziem!
Hotel super, obsluga.. smieszna, pomocna, no i basen odkryty. Szybki ogar i myk na plaze. Weszlam do blekitnego, niemalze przezroczystego oceanu - chwilo trwaj!
Widoki niesamowite, za dnia i noca tym bardziej. Wieczorny czilaucik na plazy, szum oceanu, w tle muzyka dochodzaca z klubow, smiech beztrosko bawiacych sie ludzi - bezcenne po ciezkiej pracy.
Nastepnego dnia wesola wycieczka wokol calego Miami. Smieszny pan wszystko nam opowiadal, pozniej czas wolny w centrum, a na koniec rejs lodzia. Cuuudownie. Co zobaczylam, to moje: apartamenty miedzy innymi: Jackie Chan, Ricky Martin, Jennifer Lopez.. SHAKIRY!! i tak dalej, i tak dalej.. nie pamietam.
Jednej nocy udalo nam sie zaimprezowac. Wszystko dzieki Micie, gdyby nie ona, ja nie odwazylabym sie na to. Udalo nam sie wejsc do klubu, a wszystko dzieki jednemu z jakze slynnych dla kazdej au pair under21 promotorow. Pojechalysmy pod hotel, tam weszlysmy jak vipy, przedstawiono nas milionom osob i hulaj duszo! Drin za drinem, co chcesz, wszystko na koszt hotelu. Pozniej udalismy sie przeogromnym, "imprezowym" busem, gdzie bylo.. dziwnie: rura na srodku, glosna muzyka, no po prostu Miami. Weszlismy do klubu, poza kolejka, wynajeta loza, litry vodki.. Caly czas czulam sie spieta i kompletnie nie w klimacie. Nie zwyklam chodzic do takich miejsc. I najzwyczajniej w swiecie balam sie o siebie, i o Mite, bo ta komletnie odnalazla tam siebie :D
Zaczeli puszczac fajna muzyke, wiec chcialam potanczyc, ale TUTAJ w klubach ludzie NIE TANCZA. Po prostu pija, a jak juz uderza na parkiet, to tylko po to, zeby sie pomacac. Wiec odnalazlam swoj kacik samotnosci i zszokowana obserwowalam ludzi, popijajac drinka (bardzo dobrego swoja droga). Na stolach tanczyly piekne panie, dostrzeglam gdzies tez transwestyte, na scianach przy lazienkach puszczali pornosy, w katach byly lozka. WTF?!
Ale fajnie bylo cos takiego zobaczyc. To, co widzimy w amerykanskich filmach naprawde istnienie, to nie jest nic przekoloryzowanego, TO JEST. Namowilam Mite na szybszy powrot. Zdecydowalysmy sie przelozyc nasza wycieczke na pozniejsza godz. i bylo bardzo trudno po paru drinkach wytlumaczyc to panu w recepcji (ktory swoja droga mowil praktycznie tylko po hiszpansku (WIEKSZOSC w Miami to Kubanczycy, wiec mozna tam uslyszec w wiekszosci tylko hiszpanski)).
Kolejnego dnia wybralysmy sie na zakupy do Aventura Mall. Trzypietrowy Forever21 Ohhhh!! No a potem, wracajac do hotelu busem, zgubilysmy sie. Przegapilysmy nasz przystanek, pojechalysmy az do downtown, w sumie jechalysmy ponad 3h :D Ale bylo warto, bo takiej wycieczki po calym Miami za $2 nigdzie nie dostaniesz, wiec polecam!
Reszta czasu to relaks przy basenie lub na plazy, zakup pamiatek dla HF i pocztowek dla znajomych.
Wieczoramy zwyklysmy chodzic na basen i tam poznawalysmy milion ludzi z kazdego kranca swiata.
Bylo naprawde ekstra.
Mamy film z calej podrozy, musimy tylko skleic to w calosc. Oprocz tego miiiilion pieknych zdjec. Kolejne pieniadze wydam na lapka i dodam w koncu wszystkie zalegle zdjecia. No, ale najpierw musze zarobic te pieniadze, bo nie oszczedzalysmy w Miami, to trzeba przyznac :D
No wiec bylam w Miami, pierwszy duzy trip w USA zaliczony. Jestem mega szczesliwa i dumna. Pojechalam tam za wlasne, zarobione pieniadze, poradzilam sobie ze wszystkim, bylam odpowiedzialna za siebie. To naprawde dobrze smakuje. Niezaleznosc, podejmowanie decyzji, bycie samodzielna. Wow, po miesiacu tutaj naszly mnie wielkie refleksje i doszlam do wielu wnioskow.
Takze, jesli ktos sie jeszcze zastanawia nad wyjazdem, POLECAM. A mowie to, chociaz jeszcze 2 tyg. temu chcialam wracac do domu :)
Jak to moja kochana mamita mowi: "Podroze buduja, ucza i ksztalca. Co zobaczysz, to twoje. Badz dzielna."
A teraz czas odespac! Bo wiecie.. plazowanie, plywanie, zwiedzanie, imprezowanie, jedzenie tropikalnych owocow.. to wszystko bardzo meczy ;p
A podczas tej calej wyprawy zatesknilam za domem.. w Arlington. To dobry znak. Naprawde jest mi tu dobrze. Gdy wrocilam znalazlam sliczna kartke od HM: The future belongs to those who believe in the beauty of their dreams. - Eleanor Roosevelt, a pod spodem napisala: "We are so proud of you and how you are adjusting. We are so happy to have you with our family and share everything with you! I believe in you, Love, H." I lza sie kreci.. i splywa po policzku. Eh, swiecie.. dziekuje, swiecie!!

wtorek, 20 sierpnia 2013

Do przodu, Plekas!

Ah, ta Hamryka.. duzo wszystkiego. Ostatnio moja droga au pair z Polski, Mita, namowila mnie na maly shopping. Moj pierwszy raz: "Tylko rzuce okiem, nie mam zbyt duzo czasu." Weszlam do Forever 21 i.. spedzilam tam 3h! Tylko 3, bo juz zamykali i musialam wyjsc :D Boze, boze, tyle wszystkiego i to za taka cene! W koncu moge pozwolic sobie na ciuchy, o ktorych zawsze marzylam! Oh, Ameryko, nawet mozna cie lubic! Lecz potem odkrylam inny cud. Moje miejsce na ziemi.. SweetFrog. MUSICIE tego sprobowac. Lody w kazdym smaku, jaki mozesz sobie wymyslic (choc mowia, ze to frozen joghurt, ale to naprawde sa lody :D) a do tego szwedzki stol, samoobsluga ze WSZYSTKIM, SERIO. Wiorki kokosowe, nutella, bita smietana, milion rodzajow orzechow, kit katy, liony, snickersy, wszystkie owoce ziemi, WSZYSTKO. Jem tam kolacje kazdego dnia heheh.
Juz w piatek przyjechala do nas w odwiedziny au pair z poprzedniego roku, ze Szwajcarii, 21 lat. HM przygotowala wloska kolacje, siedzialysmy do pozna i pilysmy winko.
Nastepnego dnia diably wrocily z samego rana, a ze to K. urodziny - zapomnij o wyspaniu sie. M. przyszedl mnie obudzic, bym uczestniczyla w ceremonii otwarcia prezentow. "Oczywiscie, jesli chcesz." A ja oczywiscie chce. Wszystko bylo mile, K. rzucila sie na mnie, zgaduje, ze z tesknoty :D Otwierala jeden prezent za drugim, a ja nie moglam w to uwierzyc, bo to tylko prezenty od HM i ode mnie. Reszta dopiero pod koniec wrzesnia, bo wtedy bedzie jej oficjalna impreza, gdy wszystkie kolezanki wroca z obozow. Wiec ode mnie dostala zestaw Friendship rings - plastikowe, przezroczyste pierscionki, ktore mozesz przyozdobic: farbami, naklejkami i takie tam. Prezent trafiony, bawi sie tym kazdego dnia, zrobila mi juz pierscionki na kazdy palec.
Wieczorem HM zabrala nas do restauracji do DC i to byla bardzo dziwna restauracja, pierwszy raz jadlam takie cos: podali nam dwie ogromne tace z rozlozonym na nich chlebem (my powiedzielibysmy na to nalesnik), a na tym byly rozlozone rozne typy miesa, warzyw i sosow i do tego bralo sie ten chleb i kazdy rekoma to jadl, wszystkim sie dzielilismy, nikt nie mial swojego talerza - dziwne, ale smaczne i ciekawe. Ta wizyta w restauracji i reszta wieczora przypomniala mi, jak glosno moze byc z dzieciakami. Teraz, teskniac, wracam myslami do czasu, calego tygodnia, spedzonego tylko z malym C. Ahh.. mile zycie au pair z jednym dzieckiem :D
Po DC pojechalam do Mity na noc, a tam byla moja kochana Kasia (Just Believe In Your Dreams), wiec spedzilysmy super wieczor i noc razem, w koncu! Mita namowila Kache na sushi, ale to nie byl dobry pomysl (uprzedzalam!), wiec szybka wizyta w Giancie - chipsy i oreo kupione, mozna jechac do domu. I co 3 polskie au pair moga robic w nocy w srodku Ameryki? Oczywiscie ogladac glupie filmiki Abstrachuje na YT do 5 rano heheh.
A jak wrocilam do domu, mialam mila niespodzianke - au pair z poprzedniego roku zostawila mi wiadomosc na lozku, ze chcialaby wybrac sie ze mna na kolacje - z mila checia przyjelam propozycje, poniewaz nie mialam nawet mozliwoscie wczesniej uzyskac z nia dobrego kontaktu i poznac jej. A to wazne, bo wiecej wie, moze pomoc. No i pomogla, rozmawialysmy duzo, zwlaszcza o rodzince. Btw zabrala mnie do Cheescake factory - ulubionego miejsca kazdej au pair, tak mowia. Tam jednak nie zjadlam cheescake, a pierwszego, ogromnego, ale bardzo dobrego hamburgera w Ameryce :)
No i powiedziala mi na co musze uwazac bedac au pair u tej rodzinki, jak to wygladalo kiedys i takie tam. Mamy podobne podejscie w kwestii bycia au pair i bardzo sie dogadalysmy.
W poniedzialek znow ciezka praca. Ahh.. jak te weekendy szybko mijaja. Ale nie bylo tak zle. Powoli zaczynam wchodzic w tryb zycia dzieciakow. Teraz i tak jest trudniej, bo sa wakacje, wszystkie 3 diably w domu przez caly dzien, bo ich obozy sie pokonczyly, duzo do roboty. Ale jak zacznie sie szkola, to bedzie o wieeele prosciej.
No i pod koniec dnia zbudowalismy namiot z kocow na naszej trampolinie, padl pomysl, zeby w nim spac, no i spalismy :D Wiec ostatnia noc spedzilam na dworze, w spiworze, lezac na trampolinie. M. spal obok mnie, wtulajac sie w moje ramiona - to bylo mega, poczulam, ze jestem mu potrzebna, ze niewazne sa teraz dla mnie jego codzienne zlosliwosci, bo teraz jest po prostu malym dzieciakiem, ktory potrzebuje ciepla.
Lezalam pod golym niebiem, patrzylam w gwiazdy i poczulam te ekscytacje - JESTEM W AMERYCE. Dotarlam do celu. Walczylam o to, staralam sie i oto jestem. Wszystko jak chcialam. Zwyciezylam, jestem odwazna, dalam rade. I zasnelam.
Ekscytacja upadla, gdy dzwonek zadzwonil o 7:15 heheh. Ale dzien byl prostrzy, bo poprzednia au pair zabrala ich do zoo i mialam wolne przez 6h - tak, wybralam 6h wolnego niz zoo, to chyba zrozumiale :D
Teraz 2 dni pracy i wolne do 2 wrzesnia, czujecie to?! 2 dni i wylot do Miami, CZUJECIE TO?!
XO

sobota, 17 sierpnia 2013

Polska, nie Polska, Polska.. nie Polska!

No, bylo blisko. Laptop wlaczony, otworzona strona cheapfilghts.com i szukanie biletu do Polski. "Nie chce tu byc! Nie znosze jedzenia tutaj! Podejscia do zycia! Nic mi sie tu nie podoba! Chce do domu, do chlopaka!" - milion rozmow na skype i przeplakany weekend. Wracam, nie dam rady, wracam! Mejle do koordynatorki - "Oddajcie mi moja Polske!" Ehhh, szkoda gadac. I chyba prosciej bylo by uslyszec od rodziny: "Nie, nie mozesz. Jesli wrocisz, to wyrzucimy cie z chaty." A ja uslyszalam jak zawsze: "Twoj wybor. MY uwazamy, ze postepujesz niewlasciwie, ale to TY poniesiesz konsekwencje w przyszlosci za swoje czyny." No i rozkmina zycia na lawce w srodku Ameryki. Zycie jest ciezkie ;p
Zaczelam kombinowac, by poleciec do Polski chociaz na tydzien, kiedy moja HF pojedzie do Ohio do rodziny w ostatnim tygodniu sierpnia. Ale w tym samym dniu, kiedy to sobie wymyslilam, mialam spotkanie z koordynatorka na chacie, by podpisac papiery i potem odrazu zabrala mnie na pierwszy cluster. No i babka okazala sie super osoba. Ja jej plakalam, a ona powtarzala: "Placz, placz, tylko wtedy poczujesz sie lepiej." Opowiedziala mi historie z jej zycia. Potem podczas clusteru obrzucila mnie pietnastoma au pairkami, by mi przegadaly. Wszystkie czuly to samo, gdy tu przyjechaly, a teraz czesc z nich przedluzyla pobyt o rok, heheh. Wklepywaly mi tylko swoje numery telefonow: "Pisz, dzwon, kiedy najdzie cie potrzeba." To ogromnie mile. Oczywscie porozmawialam tez o moich uczuciach z HM i jak zwykle okazala sie moim wybawca: "Jedz, jesli tego potrzebujesz, rozumiem cie, zaplace ci z gory, bys mogla zabookowac lot, tylko prosze wroc." Nie wierze, ze trafilam na te kobiete. No ale final taki, ze ani moim rodzicom ani w sumie nikomu nie podobal sie moj pomysl o odwiedzinach. Zegnanie sie po raz kolejny ze wszystkimi po tak krotkim czasie bylby jeszcze gorszy i tylko pogorszylby moj stan. No ale plekas jesc nie moze, wlosy wypadaja, stres i tesknota mnie zzera. Co robic, co robic? Wychodzic z domu! Skype wcale nie pomaga, tylko pogarsza sytuacje. Wiec machnelam kilka razy mascara, troche pudru na nos i sio! I jestem tu wciaz, czuje sie lepiej. Z dnia na dzien coraz lepiej. Skype tylko w niedziele. Poznalam ogrom innych au pair z kazdej strony swiata. Zaczely rodzic sie plany. Jest duzo do ogarniecia. Jakie zajecia wybrac, prawko, SSC, poprawic swoj angielski. Nie moge byc myslami w Polsce, kiedy mam tu trojke dzieciakow do opieki, w dodatku nad wyraz energicznych i lekko.. moze troche bardziej niz lekko.. nieposlusznych. Trzeba byc skupiona.
No i powoli przestaje rozmyslac, jestem tu i teraz. I okazalo sie, ze nie zorientowalam sie kiedy minal ten tydzien. To byl jak pstryk palcami. Ale co sie bede rozpisywac... W NASTEPNY PIATEK LECE DO MIAMI!! To podsumowanie tego postu. Hej!

sobota, 10 sierpnia 2013

Nielegalna ja

Czwartek - dzieci M. i K. opuszczaja dom na 9 dni i jada do rodziny. Z ogromna checia i pospiechem pomagalam wynosic ich walizki z domu. "Have fun!" i nie wracajcie wczesniej niz to ustalone heheh.
Praca z jednym malym C. jest prosta i przyjemna jak bulka z maslem, choc i tak wykancza po calym dniu. Ale z dwulatkiem tez moze byc ciekawie. W piatek spalam sobie w najlepsze, gdy hostka rowno o 7:30 zapukala do moich drzwi. Okazalo sie, ze nie ogarnelam, ze w piatek wyjatkowo pracuje. "So sorry!" Ale nic sie nie stalo. Poczulam sie dziwnie, jakbym cos zaniedbala, ale bylam nieswiadoma tego i pomylki sie zdarzaja. Piatkowa atrakcja w pracy - wychodzimy z C. z domu przez drzwi ogrodowe, gdyz wybieramy sie do parku. Wyciagam z garazu wozek, a C. mowi (nie mowi w sumie, ale nauczylam sie juz go rozumiec), ze chce wziac auta ze soba. Mowie: "Ok, idz do pokoju wybrac, a ja juz za toba ide." No i pobiegl, a ja "zaparkowalam" wozek i poszlam za nim. I wtedy niespodzianka - drzwi sie zatrzasnely. Szarpie, pukam, stukam - nic. C. wychodzi z pokoju, patrzy sie, a ja staram sie porozumiec z nim na migi i krzycze: "Prosze, sprobuj otworzyc drzwi!" Na poczatku nie chcial i bawilo go to, raczej nie rozumial powagi sytuacji. Pozniej zaczal wspolpracowac. Ale i tak nie pomagalo, bo nie rozumial mnie dobrze. Pobieglam do drzwi frontowych, ktore WYJATKOWO byly zamkniete. Pobieglam do garazu poszukac zapasowych kluczy, potem do auta czy nie ma nic w schowku. Zaczelam mocno pchac drzwi, kazalam mu sie odsunac, ale nie ogarnial. Zaczelam myslec nad konstrukcja domu: "Niech to szlag, dlaczego oni nie otwieraja okien! Moze w strasznej piwnicy jest jakies przejscie? Niestety nie." Dopoki mam C. na oku przez okno w drzwiach, to jest ok. Jak strace go z oczu musze zadzwonic do HM i powiedziec jej jak wyglada sytuacja. Dobrze, ze tel. mialam ze soba. Ale jak to ja - jeszcze jedno podejscie, musi sie udac. Pobieglam do drzwi frontowych a maly C. za mna. Tlumacze mu, prosze, pokazuje. I jest! Udalo mu sie otworzyc zamek w drzwiach! Jestesmy uratowani. Poszlam sprawdzic drzwi w kuchni - zwyczajnie sie zaciely, od srodka juz je otworzylam. I bylam bardzo dumna z C.
Czas tesknoty mnie dopadl, wiec musze czyms sie zajac. Kolezanka, inna au pair z Polski, ma wolny dom do konca sierpnia. Jak to brzmi? Jak impreza! Oczywiscie nie zadny project x, a zwyczajne pogaduszki na tarasie do pozniej nocy. Zostalam u niej na noc i, uwaga, nielegalnie wypilam piwo! Pierwsze piwo tutaj, po pracy, w upalny wieczor - piwo nigdy nie smakowalo tak dobrze. Ale nie samo piwo bylo atrakcja, a zdobycie go. Kto je kupil plekasowi? Pan policjant. "Wy zostajecie tutaj, a ja ide sam, moge przez to stracic prace!" - powtarzal, a ja czulam sie jakbym ogarniala kilo heroiny gdzies na bronksie. A czekanie przed sklepem az osoba pelnoletnia kupi mi piwo przypomnialo mi gowniarskie czasy gimnazjalne.
Oczywiscie nie myslcie sobie, ze mozecie podejsc do pierwszego lepszego policjanta na ulicy i grzecznie zapytac sie go, czy kupilby wam pare piw :D Ten akurat kreci z moja kolezanka au pair, wiec wtyki wtyki :D
Sobote spedzilam w Washington DC, w koncu zwiedzanie! Bylam tam z ta sama au pair z Polski i jeszcze z moja Dominika Bubka! Upalny dzien, nie chcialo sie jesc, nogi bolaly. I tak trudno ogarnac tu to wielkie metro. Ale co trzy glowy, to nie jedna!
Wieczor spedzilam z HM rozmawiajac i popijajac przy tym herbate. Rozmawialysmy absolutnie o wszystkim. Totalnie nadajemy na tych samych falach. Rozmowy z nia polepszaja mi nastroj za kazdym razem. Ale nie tylko to. W tym ciezkim czasie wspieraja mnie moja rodzina, przyjaciele i chlopak. Dziekuje wam wszystkim za sluchanie moich zaplakanych belkotow.
Ale grunt to sie nie poddawac. Dzis w DC na murku zobaczylam napis: "In valor there is hope", wiec.. chyba nie musze nic dodawac :)

środa, 7 sierpnia 2013

Pieklo minelo, wyszlo slonce.

HM po powrocie z pracy poprosila, bym wszystko jej powiedziala. Wiec powiedzialam. I lawina lez splywala mi po policzkach. Ale uspokoilam ja, ze jestem po prostu bardzo emocjonalna osoba i bardzo zestresowana w tej chwili i dlatego placze. Wszystko zrozumiala, byla zbulwersowana zachowaniem dzieci, przeprosila mnie, przytulila. Powiedziala, ze porozmawia z nimi. Powiedziala mi rowniez, ze rozumie wszystko: moje samopoczucie, to jak ciezko moze byc itd. Wyjasnila mi, ze ich ostatnia au pair nie byla wymarzona au pair. Nie bawila sie z dziecmi, miala gdzies czy ogladaja tv, czy sa w domu badz nie. Robila minimum. Konczyla prace i czmychala z domu do swojego chlopaka. Nie jadla z nimi kolacji, w ogole nie spedzala czasu z dziecmi, nie pomagala. I nagle pojawilam sie ja, ktorej zalezy na wspolnych zabawach zamiast lezenia przed tv. Ktora interesuje sie gdzie sa, co robia i o ktorej wroca dzieciaki. Ktorej zalezy na uczeniu ich nowych rzeczy, dobrych manier itd. I pewnie nie moga sie w tym odnalezc, to dla nich wielka roznica i rozumie, ze przede mna wyzwanie, by zmienic ich tryb myslenia i postepowania.
Ta rozmowa pomogla, oczyscila moja glowe i polepszyla atmosfere. Podczas calego dnia pracy zadawalam sobie rowniez pytanie: "Dlaczego nie wybralam rodziny z jednym malym bobasem, takim jak C." I po rozmowie z HM umialam juz sobie odpowiedziec: z jej powodu. Wiem, ze z zadnym innym rodzicem bym sie tak nie dogadywala i nie miala tak dobrego kontaktu.
No ale dosc o zlych rzeczach, jestem w koncu w Ameryce! Po calym upiornym dniu umowilam sie z kolezanka z Polski, ktora poznalam na fejsie. Pojechalysmy do centrum, wtedy w koncu moglam cos przelknac. Zafundowalam sobie dawke kalorii. Siedzialysmy, duzo rozmawialysmy, poszlysm na male zakupy. Bylo super. To miasto noca wyglada super i tetni zyciem, choc to byl poniedzialek. Znajomosc na pewno utrzyma sie na dlugo :)
We wtorek mialam miec cluster - spotkanie z opiekunka i innymi au pairkami z okolicy, ale z powodu pogody zostalo odwolane. Wiec caly dzien wolny. Od rana siedzialam przy laptopie i nie wychodzilam z pokoju. Jak slyszalam krzyk dzieci (ktorymi zajmowala sie niania), to mialam skurcz w zoladku. Czekalam az wyjda z domu, wtedy szybko do kuchni po jedzenie i picie i spowrotem na gore. O 16 zorientowalam sie, ze to wcale nie jest dobre. Bolala mnie glowa, bylam zmeczona. Nie tak mialam spedzac tutaj czas. Wyszlam na spacer, potem biegalam. I od razu lepiej. Tutaj normalnoscia jest, ze wychodzisz z domu, a na ganku siedza 3 wiewiorki i 2 kroliki i cos wrzeraja. Sa tu wszedzie! I to jest super. Zjadlam kolacje z HM, rozmowa z nia jak zwykle postawila mnie na nogi.
Wieczorem M. zaproponowal mi wyjscie do centrum razem. Pomyslalam, ze to dobry znak i oczywiscie sie zgodzilam. Pokazal mi okolice i poszlismy na ciastka. (A dokladnie jedno ciastko, bo tutaj sa tak wielkie, ze ledwo dalam rade, choc M. po powrocie do domu zjadl jeszcze hot doga). HM dziekowala mi, ze spedzam z nimi czas mimo wszystko i jestem nimi tak zainteresowana.
No i sroda. Ku zaskoczeniu - bylo super. C. jak zwykle swietnie. Kate byla mila, pomagala mi, wyjasniala wiele rzeczy. Max tez nie robil zadnych problemow. Sluchali mnie, nie klocili sie ze mna. Bylismy razem w parku, na spacerze, oni spedzili duzo czasu poza domem, wiec to bylo dla mnie tez prostrze. Po poludniu zrobilismy galaktyke: z wycinanek, malowalismy tez farbami i zrobilimy planety, gwiazdy, slonce, ksiezyc, wielki napis galaxy i nakleilismy wszystko na scianie, takze HM miala wielka niespodzianke jak wrocila do domu.
No wiec zyje, mam sie dobrze. Przez ten caly stres zawitala we mnie mala tesknota. Ale wiem, ze to tez jest spowodowane tym, ze wszystko sie skomulowalo: zmiana czasu, kultury, bariera jezykowa, poczatkowa samotnosc, bo przeciez nie mam na razie przyjaciol tutaj, musze sie nauczyc wielu rzeczy. Czasem dziwia mnie metody wychowania, prowadzenia domu - na orientation uprzedzali przed tym. Ale przetrzymam to, wiem, ze bedzie coraz lepiej. Tyle planow jest do zrealizowania! A teraz juz z gorki, bo to jest moj grafik na sierpien: jutro pracuje, ale o 12:30 wraca juz HM i zabiera K. i M. na lotnisko, gdyz wyjezdzaja do swojego przyrodniego rodzenstwa na 9 dni! 9 dni! Potem pt,sb, nd i pn wolne. Praca tylko z bezproblemowym i radosnym C. od wt do czw. Pt, sb i nd wolne. W sb wracaja dzieci i przyjezdza au pair sprzed roku na 2 tyg., wiec bedzie prosciej i bede tu miala kogos z kim moge spedzic czas. Pokaze mi wiele rzeczy i to mi ulatwi zycie tutaj. Potem znow pt, sb i nd wolne - jak zawsze. W nd HM wyjezdza z dziecmi do Ohio do rodziny, wiec przez caly tydzien mam wolne i bede sama w domu tylko z ta au pair, wiec.. sami widzicie! A w miedzy czasie moja Asia (Dreaming is Believing!) przylatuje i bedzie na orientation! Wiec mam duzo wolnego czasu do zaplanowania. Washington DC, Virginia Beach, NYC albo nawet Miami? :)
A i oczywiscie juz niedlugo podboj Ameryki z moja kochana Martyna! (Walking my own path) Ma perfect match z rodzina z NYC, wiec wszystko sie spelnia. Gratuluje szczesciaro ;*
Piszac tego posta, HM puka do pokoju, zaglada przez szpare przezuwajac cos. Widze, ze w reku trzyma ciastka delicje z wedla, ktore dostala ode mnie. "Boze, jakie to jest pyszne. Taka czekolada z zewnatrz, dziwny owoc w srodku i miekkie ciastko na spodzie. Czy to typowo polskie? Jem po jednym dziennie, zeby mi starczylo na dluzej." Heheh. Takze polskie slodycze to dobry pomysl na prezent. Moze niekoniecznie zauwazycie to u dzieci, bo skala ich konsumpcjonizmu siega granic. Maja tu wszystko.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Sobota, niedziela.. pieklo

W sobote wieczorem przyjechali do nas przyjaciele HM i HD pochodzacy z Grecji, a wraz nimi przyjechala ich siostrzenica, ktora odwiedzila ich na pare tygodni. W moim wieku, super sie dogadalysmy, spedzilysmy caly wieczor razem, bylysmy na spacerze.
Niedziela minela tez super. Najbardziej podobalo mi sie jak wieczorem wybralysmy sie z HM i malym C. na spacer i wzielysmy suszi na wynos do domu, bo jeszcze zanim tu przyjechalam obiecala mi, ze sprobuje. Nie lubie ryb, wiec suszi nie brzmi dla mnie dobrze. Wzielam jeden kawalek z lososiem, bo tylko jego jestem w stanie zjesc. No i zjadlam, super, ale nie chce tego powtarzac ;p
Usiadlysmy na ganku i dlugo rozmawialymy o mojej rodzinie, o jej rodzinie, o dzieciach itp. Bylo mega milo. Pokazywalam jej zdjecia, ktore dostalam od przyjaciol i rodziny przed wylotem.
A pozniej.. no wlasnie. HM rozmawiala ze swoim ojcem przez tel., a w tym czasie dzieciaki bawiac sie ze swoimi przyjaciolmi, wyciagnely siekiere z garazu. Patrze, patrze, patrze.. SIEKIERA. Mysle: "Jak nie shotguny, to siekiery. Moze dzieci w Ameryce moga bawic sie siekierami? W koncu HM siedzi obok mnie i nic. Lepiej spytam. - H, czy oni moga to robic? - "COOOOOOOO?!" No i jazda. Przyjaciele do domu, M. do swojego pokoju. Niemile zakonczenie dnia dla nich.
A potem poniedzialek. Taaa.. poniedzialek. Nawet nie chce mi sie o tym pisac, nie chce tego wspominac. Poranek - lekki skurcz w brzuchu - pierwszy dzien w pracy: "Dam rade, dam rade..". Zaczelo sie milo, HM zyczyla nam wszystkim swietnego dnia, ktory byl dla mnie jedna wielka katastrofa. Wszystko bylo by dobrze, gdyby w nocy z niedzieli na poniedzialek pewien maly diabelek wchodzac dzieciom do glow nie stwierdzil: "Ok, te dzieci byly juz wystarczajaco mile dla tej nowej, czas pokazac jej kto tu rzadzi." No i zaczelo sie. Najgorzej bylo z K. Krzyczala, gdy jej czegos nie pozwalalam, byla szokujaco wredna i zlosliwa: "Nie chce wejsc do tego samochodu" - 10min proszenia i dyskusji. A gdy juz weszla i dojechalismy na miejsce: "Nie wyjde z samochodu" - i kolejne 10min. Potem: "Mam nadzieje, ze twoj ang. bedzie lepszy niedlugo!"Robila wszystko najwolniej jak mogla, bysmy byly spoznione. Wszystko na zlosc. Gdy nie pozwolilam jej wyjsc do kolezanki lub ogladac tv (zasady z gory, od HM), to dorwala telefon i dzwonila do HM. Chyba z 3 razy podczas calego dnia, za co przeprosilam HM, ale nie moglam nad tym zapanowac.
M. wyszedl z domu nic mi nie mowiac. I gdy to wszystko sie dzialo, a w miedzyczasie musialam pilnowac slodkiego dwuletniego C. pomyslalam: "Co ja tutaj robie? Co sobie myslalam planujac przyjazd tutaj?" I cos we mnie peklo. Ze lzami w oczach wykonywalam ostatnie obowiazki tego dnia czekajac na HM i w miedzyczasie smsujac z nia, ze to wcale nie byl dobry dzien dla mnie. O 18 skonczylam prace i zwolnilam blokade lez. I plakalam, plakalam, plakalam.. I co dalej? Pisze to siedzac na moim amerykanskim lozku, wiec nie, nie zabookowalam biletu do Polski. :)
Ciag dalszy nastapi.

sobota, 3 sierpnia 2013

Dzień dobry, jestem Plekas

Poznajcie mnie. Mam na imię Kasia. Jestem tajemniczą "K." z postów blogu MojaAjom (Martyna, Walking my own path). Wraz z "A." (Asia, Dreaming is believing!) tworzymy świętą trójcę, która podczas jakże nieudolnych przygotowań do matury, postanowiła zrobić coś "wow" i tym wow jest dla nas wyjazd do USA na rok jako au pair.

Podczas przygotowań do wyjazdu (mam tu na myśli aplikacje, interview, referencje, a później wiza, walizki, pakowanie i wszystkie inne wielkie bzdety) bardzo się do siebie zbliżyłyśmy. Skłoniło nas to do organizowania "wieczorków au pair", które bardzo często przedłużały się w "noce au pair", a czasem nawet "poranki au pair". Każda z nas miała różne zdanie w różnych kwestiach, ale w jednym byłyśmy zgodne: chcemy znaleźć dobrą rodzinę zlokalizowaną nie na bezludnej wyspie, pojechać, dobrze wykonywać swoje obowiązki, znać swoje prawa, świetnie organizować sobie czas wolny, by każdy dzień był "dniem z amerykańskiego snu". Po prostu spełniać marzenia. Ten rok jest dla nas.
Piszę o tym, ponieważ naprawdę cudownie jest mieć kogoś bliskiego, kto to wszystko rozumie i siedzi w tym razem z tobą. Takie au pairowanie zbliża, zauważyłam to obserwując anonimowo wasze blogi. Pomagałyście sobie, trzymałyście kciuki, razem się denerwowałyście i razem się ekscytowałyście. To naprawdę super sprawa. Ja podczas moich zmagań z wyjazdem również poznałam kilka świetnych osób, z którymi spędzę swój rok w Stanach, a może i te znajomości pozostaną na dłużej. W szczególności moja imienniczka – Just Believe In Your Dreams oraz Dominika (Na kawce w Białym Domu). Naprawdę dzięki dziewczyny.
Dlatego jeśli dopiero zaczynacie to wszystko - szukajcie, pytajcie, bądźcie otwarci. Jest lepiej, łatwiej i raźniej.

I'm in here! cz. 2

Gdy dotarlismy juz do domu i HM zaproponowala mi o 22:30 na kolacje chilli i lemoniade, poczulam, ze jestem w USA. Jadlam pierwsze chilli w moim zyciu z M., ktory robil makaronowego potwora :D
Spalam bardzo dobrze. Moje lozko jest tak wielkie i wysokie, ze musze sie na nie wspinac.
Na drugi dzien z dziecmi zostala niania, ale i tak spedzilam z nimi duzo czasu. Bylismy na ogrodku i bawilismy sie na placu zabaw lub skakalismy na wielkiej trampolinie. Mala K. od razu uczynila mnie swoja starsza siostra. Malowalysmy paznokcie, pokazywala mi swoje sukienki i spinki. M. jest troche bardziej niesmialy i potrzebuje wiecej czasu. Najlepiej bylo z najmlodszym, dwuletnim C.
Gdy rano zeszlam na dol po cos do picia, spojrzal na mnie i uciekl. Pomyslalam, ze to normalne. Ale po chwili wrocil ze swoja pilka i kluczykami do auta, z ktorymi nie rozstaje sie na krok i dal mi je. To bylo bardzo mile. Juz po godzinie bawilismy sie razem, ciagle chcial, bym trzymala go na rekach. Hustalismy sie, wyglupialismy na trampolinie. Gdy HM wyszla na ogrodek po swojej drzemce stanela wstrzasnieta. Powiedziala, ze to sie jeszcze nigdy nie zdazylo z au pair czy niania, zeby C. w ogole chcial podejsc do niej. Najczesciej potrzebuje jakis 4 dni, by przestac plakac i zaufac komus. Nazwala mnie czarodziejka i powiedziala, ze musi czuc sie przy mnie bardzo bezpiecznie, skoro bez problemu zostaje ze mna, gdy jej nie ma w poblizu. Powtarzala mi to caly dzien: "I can't believe it!". To bylo super mile.
Pierwszy dzien spedzilam na poznawaniu okolicy zarowno z samochodu jak i spacerujac. Bylismy na lodach z K. i HM, poniewaz K. byla zazdrosna, ze dzien wczesniej M. odebral mnie ze stacji, a ona musiala spac. HM pokazala mi metro, plac zabaw, park, ale ja i tak nie ogarniam gdzie jestem i czuje sie swiadoma tylko w domu :D ale wiadomo, to kwestia czasu.
Dzieci sa wyrozumiale, bo gdy cos mi mowia, a ja nie rozumiem danego slowa, to tlumacza mi to bardzo dokladnie i powoli, wiec nie czuje sie glupia.
Dzis rano HM pokazala mi dokladnie kuchnie i mamy w niej tajemne przejscie do piwnicy, gdzie znajduje sie spizarnia. Prowadza do niej dlugie schody w dol i to wyglada DOKLADNIE jak w horrorach. Dzis jak bylam sama w domu weszlam tam po herbate, wzielam pierwsza lepsza i ucieklam na gore heheh.
W piatek wieczorem zamowilismy pizze i ogladalismy film. Robia tak w kazdy piatek i to jest naprawde super.
Sobota i niedziela pewnie beda wygladaly podobnie jak piatek. Duzo poznawania i spedzania czasu razem. W niedziele HM nauczy mnie jak prowadzic auto, gdyz jest to oczywiscie automat. Pierwsze jazdy beda pewnie stresujace. Ale oczywiscie dam rade!
Pozdrawiam z goracego Arlington!

piątek, 2 sierpnia 2013

I'm in here!

Tak. Tak, tak. Tak. Jestem tu, w USA. Zyje. Wlasnie siedze na wielkim lozku w moim pokoju popijajac chocolate milk. Jest super. Mam teraz trzy dni nicnierobienia, ale od poczatku...
Lotnisko w Berlinie nie wspominam dobrze. Bylam tam bardzo wczesnie, za duzo czasu na zegnanie sie. Plakalam, potem plakalam, a potem zdarzylo mi sie jeszcze zaplakac. Maly problem z bagazem: "WSZYSTKIE KOSMETYKI MUSZA BYC ZAPAKOWANE W FOLIOWE WORKI!!" powtarzala niemilym glosem jakas babeczka, ktora przeszukiwala moja mala walizke. Na szczescie nie mowila tego po niemiecku, bo to bylo by juz nad wyraz straszne.
Lot za dlugi, niewygodny, w dodatku moje problemy lokomocyjne. Nic tam nie zjadlam. Nie musze chyba wspominac o samolotowym zarciu. Ale w moim telewizorku bylo duzo filmow, gier i muzyki. Gdy znalazlam plyte Shakiry i Beyonce, uzyskalam sily na przetrwanie. Na lotnisku w US wszystko poszlo gladko, znudzony pan nawet nie zadawal mi pytan, wazny jest stempel w waszym paszporcie i to wszystko. Podczas calej podrozy nie martwcie sie o swoje walizki. "O boze, moja jest wieksza ode mnie, jak ja dam rade?!" Dasz! Ludzie sa naprawde pomocni i nie jestes w tym sama. Autobusem do hotelu w Tarrytown w jakas godzine. To fajne, male miasteczko. Hotel swietny! Stroj kapielowy sie przydal ;p Jedzenie tez dobre. Rada - wszystko tam bedzie wielkie i przytlaczajace, ale trzeba byc otwartym i spedzac czas z innymi au pairkami. Chociaz tego czasu nie za wiele - wyklady sa naprawde dlugie i wyczerpujace, ale naprawde potrzebne i ciekawe, no i smieszne! Strefa czasowa zaczela wchodzic w d.. po drugim dniu. Zasypialam od razu. 70% au pairs to niemki. I tam, na orientation days upewnilam sie, ze cos jest z nimi nie tak.
Drugiego dnia NYC tour! Prezent od rodzinki. Time square, top on rock, statuta wolnosci, central park. Swietnie! Gdy weszlam na time square i zobaczylam tanczacych ludzi na ulicy poczulam, ze to jest USA.
Czwartego dnia podroz pociagiem ze Stamford do Washington DC. Tzw. podroz stresu :D
Wyszlam z pociagu, udalam sie do wyjscia a tam... rodzinka! Czekala z kwiatami. HM i najstarszy chlopak M.
I tu musze przerwac. Nie mam jeszcze swojego laptopa i korzystam z HD laptopa.
Wroce tu niedlugo! Buziaki.