sobota, 30 listopada 2013

Ta ostatnia niedzielaaa..

Jak to mowia: raz na wozie, raz pod wozem. Glownie jest na wozie, ale ostatnio zdazylo sie i pod.
Ostatnia niedziela: dziwny niepokoj, zdenerwowanie, stres. Pozegnalam dziewczyny po wspolnym sleepover, zamknelam drzwi i.. ryk. Lzy leca, dom tonie. A najlepsze bylo to, ze sama nie wiedzialam dlaczego. Kompletnie nie wiedzialam co tak naprawde czuje. No to polozylam sie i zaczelam myslec. Pytac sama siebie. I wymyslilam. Takie mnie naszlo poczucie, ze to wszystko nie ma sensu. Bycie tutaj to jedno wielkie czekanie. W tygodniu czekanie, by skonczyc prace, by dzien sie skonczyl. W weekend odhaczanie kolejnego zakonczonego tygodnia. Skreslanie go na kalendarzu. I smutne uczucie: "Dlaczego nie moge tego wszystkiego dzielic z najblizszymi?" To uczucie jest wszedzie. Gdy jem pyszne lody i wiem, ze to ulubiony smak mojej mamy. Gdy zwiedzam muzem z Jamesem Bondem i wiem, ze to ulubiony film mojego taty. Gdy jestem na jakims super meczu i zaluje, ze nie moze byc tam ze mna moj chlopak. Gdy siedze w jakies fajnej knajpce i marze o towarzystwie mojej siostry. I nachodzi mnie ta glupia pustka. Nic nie cieszy. Meczy pytanie: "Co ja tu robie?". Ostatnio stwierdzilam, ze to nie ma sensu. Powinnam byc tam, w Polsce, zaczac PRAWDZIWE zycie z moim chlopakiem, pojsc na studia. Spedzac czas z ludzmi, ktorych kocham. No i zaczelo sie: "Mamo, tato, nie chce tu byc".
Stwierdzilam, ze trace tu czas. Trace czas na czekanie. Teraz na czekanie do swiat, czyli polecenie do Polski, potem pewnie na przyjazd mojej mamy, potem na przyjazd chlopaka, a potem, by zakonczyc juz moj rok tutaj.
NA SZCZESCIE ci najwazniejsi i prawdziwi zawsze sa ze mna, gotowi na przegadanie mi do rozumu, nie biorac pod uwage roznicy czasu :)
No to tak sobie poplakalam pare dni, nie do konca rozumiejac samej siebie.
Minely 4 miesiace, wiec chyba przyszedl czas na kolejny, drugi kryzys.
Ale dzieki rozmowie i pomocy moich najblizszych udalo mi sie to przezwyciezyc.
"Everything that kills me, makes me feel alive". Jestem tu, teraz tutaj mam swoje zycie. Wybralam to. Jestem tu po cos. Tak, to rok przerwy w "prawdziwym zyciu", ale to rok ciezkiej pracy. Samodzielnosci, odpowiedzialnosci, podejmowania samodzielnych decyzji, odwagi...
Juz jestem inna osoba. To wszystko dzieje sie po cos. Ja tym kieruje. Ja podejmuje decyzje. Ja jestem pania swojego zycia.
To normalne, ze czasem dopada mnie strach, tesknota, zmeczenie. Brakuje mi domu, normalnosci, poczucia bezpieczenstwa.
Ale to wszystko sprawia, ze jestem tak silna osoba, ze nigdy nie wyobrazalam sobie, ze moge sie taka stac. To, co kiedys bylo dla mnie duzym problemem, teraz nie ma dla mnie zadnego znaczenia.
To nauka zycia. A ja tutaj ucze sie zycia kazdego dnia.
Czasem juz nie moge, wszystko mnie przerasta, chowam sie pod koldre i nie chce spod niej wyjsc. Ale zawsze wychodze, staje na nogi, patrzac w lusto mowie: "Dasz rade!" i zawsze daje rade.
Tesknie. Bardzo mocno i kazdej minuty. Ale nigdy nie zaluje mojej decyzji. Zawsze w takich chwilach zadaje sobie pytanie: "Gdybys mogla teraz sie spakowac i wrocic do domu, zrobilabys to?" Zawsze moja odpowiedz brzmi NIE. A to oznacza, ze to wszystko ma sens.
Takze strach i tesknote chowam do kieszeni, nie poddaje sie i ide dalej przekraczas swoje wlasne granice.
DZIEKUJE wam wszystkim za pomoc. I tym w domu w Polsce, i tym w domu w Ameryce. WY wiecie. Kocham bardzo.
"No matter where life takes me, find me with a smile"

wtorek, 26 listopada 2013

Zyje!

No hej! Tak wiem, przepraszam. Nie pisalam milion lat, a dokladnie miesiac. Ale po kilku upomnieniach usiadlam i.. oto jestem!
Przez ten miesiac duzo sie wydarzylo, a jednoczesnie nic. Doszlam do wielu wnioskow i trudno mi teraz zebrac wszystko do kupy i napisac, ale sprobuje.
Z gory wybaczcie za moja polszczyzne, ktorej coraz dalej do poprawnosci. Tak, moj jezyk sie amerykanizuje i coraz czesciej trudno mi sie wyslowic.
No wiec wszystko po krotce. Zaczne od Halloween! Cos NIE SA MO WI TE GO. Amerykanie maja swira na punkcie tego swieta. 31 pazdziernika ubralam sie w piekny kostium lalki barbie z Toy Story i wybralam sie na candy hunting z chudym (M.), jessie (K.), jej koniem (C.) i.. naprawde nie wiem kim byla moja HM, ale tez kims z tej bajki i wygladala zabojczo.
Zbieralismy cukierki w naszej okolicy. Okazalo sie, ze policja nawet pozamykala ulice z tej okazji. Dzieciaki biegaly od domu do domu, a ja.. wraz z nimi :D
Ludzie byli szaleni. Domy byly udekorowane w niewyobrazalny dla was sposob. To wygladalo jak jedna wielka straszna ulica z filmu. Niektorzy nawet zakopywali sie w ziemii, a pozniej nagle wyskakiwali :D
Nazbieralismy trzy ogromne reklamowy slodyczy, ktorymi wciaz do tej pory, kazdego dnia sie zajadamy :)
Potem wybralam sie z dziewczynami do Georgetown w DC na parade. Na najwiekszej ulicy kazdy wyszedl po prostu zaprezentowac sie w swoim przebraniu. I to byl szal. Ruch kierowany przez policje, ogromny korek, ludzie wyskakiwali z samochodow, leciala glosna muzyka, kazdy tanczyl, nawet na maskach samochodow. Byl tak ogromny tlum ludzi, ze nie mozna bylo przejsc przez jezdnie. A kostiumy szalone! SZALONE. Nie da sie tego opisac. Ale mam zdjecia i nagrania :)
A po Halloween.. no tak w sumie to tydzien za tygodniem. Listopad minal mi bardzo szybko i to jest super. Moja HM wyjechala sluzbowo na Floryde na 4 dni, wiec zostalam z dzieciakami i moj grafik sie troszke poprzesuwal, bo nocowala u nas niania z piatkow do pomocy. Ale bylo w porzo, dzieciaki bez wiekszych problemow, juz sie przyzwyczailam.
Oprocz tego wybralam sie na weekend trip do Filadelfii z Kacha i jej 3 kolezankami.
Pojechalam do niej w pt, nocowalam, czego nocowaniem nazwac w sumie nie mozna, bo ok. 2 rano pojechalysmy juz odebrac tamte dziewczyny i ruszylysmy do DC na busa. Dostalysmy sie tam rano, ok. 10 i caly dzien w sumie poswiecilysmy na zwiedzanie. Fajne miejsce, inne niz tutaj okolice DC. Wykupilysmy wczesniej na grouponie wycieczke autobusowa i to najlepsze co moglysmy zrobic, bo dzieki temu zobaczylysmy wszystko co fajne, a bylo smiesznie, bo siedzialysmy na gorze autobusu bez dachu i pomimo tego, ze bylo mega zimo, a mi na taka pogode nieprzygotowane, bo to pierwsze zimne dni, to dzielnie tam siedzialysmy, a nawet wybralysmy sie drugi raz :D No i dowiedzialysmy sie duzo fajnych rzeczy, miedzy innymi, ze Tadeusz Kosciuszko tam mieszkal. Bylo smiesznie jak uczylysmy przewodnika wymawiac "Kosciuszko".
No i tak w miedzyczasie pyklo mi tu 100 dni. I rocznica z moim ukochanym. Pierwsza i najbardziej oryginalna rocznica xD Nie plakalam, a to najwazniejsze. Kocham <3
Moja mama miala tez urodziny, osiemnaste oczywiscie.
Bylam rowniez na koncercie Macklemore'a! I to bylo MEGA! Cala sala ludzi. Ogromny, spiewajacy i tanczacy tlum. Ludzie wrecz szaleli. A on.. on jest niesamowity. Szczery, naprawde dobry w tym co robi. Odwalil kawal dobrego show. No i.. przystojny nawet tez jest :D na pewno bardziej niz w tv ;p
Nie uwierzycie jaka mialam gesia skorke, jak pierwszy raz zagral Can't hold us. A przed zagraniem Same Love, na scene wyszlo dwoch gejow i jeden oswiadczyl sie drugiemu. Plakalam tam jakies 3 razy. Mega duzy kop pozytywnej energii.
Kolejna mila rzecz: Kasia w koncu jezdzi legalnie :D Zdalam prawko!
To byl dlugi i meczacy dzien i ciezko bylo znow jechac "takjaksiepowinno", rece ne kierownice itp. ale ZDALAM!
W ostatni weekend moja rodzinka znow pojechala do Ohio do rodziny na slub, wiec ja mialam wolna chatke przez 3 dni. Relax, spanko, sleepover z Mita i Kacha. Wybralysmy sie do klubu, kina i takie tam.
No i ostatnia niedziela.. Ostatnia niedziela byla inna, dziwna, kryzysowa. Ale to juz przy kolejnym wpisie, bo czas ogarniac sie spac.
W kazdym razie zyje, mam sie dobrze. Lzy nie sa mi obce, ale smiech rowniez nie jest.
Pozdrawiam kazdego kto tu zaglada, fajnie jest widziec taka duza ilosc wejsc.
I dziekuje kazdemu, kto nie zapomnial o moim istnieniu i odezwie sie czasem :)
I na koniec to, co ciagle chodzi mi po glowie: "Only hate the road when you're missing home.." 3 tygodnie i spodziewaj sie mnie, Polsko! <3

niedziela, 27 października 2013

Tak sobie zyje w Ameryce

Gdzies mi sie zaginelo. A dokladnie zgubilam sie w czasie. Wczoraj byl poniedzialek, dzisiaj jest niedziela, o co chodzi?
Ostatnie weekendy spedzalam z przyjaciolmi, w klubach, na imprezach, jeden weekend u Kachy w Gaithersburgu (kino, film z JT, popcorn wiekszy niz my, mrozony jogurt, lody oreo w deszczu, dzieki Kacha!)
I tak leci. Zaczelo sie szalenstwo halloweenowe. W sobote bylam na pierwszej imprezie z kostiumami, a raczej bylam na dwoch imprezach jendoczesnie heheh. Wszystko wyglada bajecznie. Ludzie poprzebierani w najdziwniejsze kostiumy, a w tle szalone dekoracje ulic i domow.
W niedziele wycinalismy buzie w dyniach. Moja pierwsza dynia! I pewnie ostatnia.. ;)
W niedziele rowniez miala spotkanie au pairs z opiekunami. Zobaczylismy sie w zoo i gralismy w zwierzeca wersje bingo, w ktorej musiales zebrac zdjecia wszystkich zwierzat, ktore miales na kartce w jednym szeregu, wiec biegalysmy po calym zoo w poszukiwaniu pand, lwow i innych. Ku memu zdziwieniu, spotkalam krowe na farmie, ktora byla obiektem ogromnego zainteresowania (serio?!), a potem bociany. BOCIANY. Ahhh i zapachnialo polska wsia.
Do tego jadac tam w metrze spotkalismy chlopaka, ktory slyszac jak gadam z dziewczynami po polsku, nagle sie odezwal: "Dzien dobry, wy jestes polska? Ja uczyc sie polska na uniwersytecie. Podrozowywalem po polska trzy razy." heheh.. Polska tuz tuz - 7 tygodni!!
Za 3 dni Halloween, za 2 tygodnie jade do Philadelphii, za miesiac swieto dziekczynienia, a po tym 2 tygodnie i bede z wami moi najdrozsi <3
Wpadlam w rutyne, co mi odpowiada. Od poniedzialku do czwartku pracuje, od piatku do niedzieli leniuchuje :)
Ostatnio hostka znow zabrala mnie do restauracji na obiad. Jedlismy przy otwartym ogniu, ciekawe miejsce.
Wyprawilismy przyjecie urodzinowe dla M. - motyw przewodni: roboty. Trafilam z prezentem, a to najwazniejsze, bo ciezko mi bylo cos znalezc dla niego. A na drugi dzien byly urodziny C. (tak, maja dzien po dniu). Tutaj tez prezent zrobil wrazenie, takze bylam szczesliwa. Ogolnie maly, skromnie mowiac, jest we mnie wpatrzony. Nie chce odstepowac mnie na krok, przychodzi do mnie do pokoju, pokazuje zabawki, chce, zebym mu czytala, tylko siedzialby na moich kolanach, spiewamy razem i tanczymy :)
K. kazdego dnia mowi mi, ze jestem najlepsza au pair ever, wiec chyba nie musze dodawac szczegolow ;p
No i przyjechala babcia! Bylam przygotowana na wszystko, a tu okazalo sie, ze babcia jest super babka ;d No ale nic dziwnego skoro core ma taka mega :)
Ostatnio bardzo bola mnie plecy. Najgorzej bylo we wtorek, powiedzialam hostce, a ta zaraz wyslala mnie do lazienki: "goraca kapiel, zrelaksuj sie, tutaj wybierz sobie moja sol morska do kapieli, to odpreza. ja zrobie ci herbate. nic juz nie rob!" Kochana. No i okazalo sie, ze babcia jest profesjonalna masazystka i terapeutka z duzym doswiadczeniem, wiec wziela sie za mnie i kazdego wieczora jestem masowana i rozciagana i jak mi dobrze oooh.
Oprocz tego babcia ma swietne poczucie humoru, ciagle zartuje, zagaduje, nazywa mnie swoim kochaniem, pomaga mi. No i wiadomka: babcia w domu - pysznosci w domu. Ostatnio zrobila z 40 czekoladowych muffinow, potem cheesecake vanilla z wisniami. Na obiad kurczaka zapiekanego z ziemniakami i marchewka, no prawie jak w domu!
W piatek babcia mowi: "Kochanie, mowilas mi, ze tesknisz za polskim chlebem. Pewnie to nie taki jak zawsze jadlas, ale kupilam ci w piekarni taki, ktory powinnas polubic."
Kocham moja host rodzine!
Czas leci, az sie nie chce wierzyc. I wiecie co? Jestem to juz 3 miesiace. 3 MIESIACE.
Najblizsze plany: Halloween, Philadelphia, zrobienie tatuazu, swieto dziekczynienia, kupno laptopa, zakup prezentow i fruu do Polski.
Kupilam ostatnio bilet do NYC na busa za, uwaga, $1! Mozecie nie wierzyc, ale tak!
Bardzo tesknie, ale bardzo mi tu dobrze. Kocham. Wy wiecie.

czwartek, 10 października 2013

Wygralam cz. 2

Wracam do ostatniego weekendu, a dokladnie do soboty wieczora. Wybralysmy sie z Kacha do klubu do DC. Tak ogolnie wyszlo, ze moja kochana Mita jest promotorem w waszyngtonskim klubie. Pytacie jak 19letnia au pair moze byc promotorem w klubie? Pytajcie dalej, ja odpowiedzi nie znam! Ale jak widac po raz kolejny, nie taka Ameryka straszna z tym over 21.
I znow wejscie poza kolejka, za darmo. To byl moj drugi raz w tym klubie, ale tym razem spedzilam tam wiecej niz 5 min (to ten sam, o ktorym pisalam ostatnio). Dwie czesci parkietu, rozna muzyka: na zewnatrz i wewntarz. No i bardzo polubilam ten klub ze wzgledu na muzyke. Beyonce, Shakira, Timberlake, Jay Z - kompletnie moje klimaty, gdyz nie znosze typowej klubowej lupanki. Wiec wytanczylam sie ogromnie. Az nogi bolaly, ale od czego ma sie vansy w torbie :D Spotkalam tam cala grupe au pair, bylo nas chyba z 15, z tego 6 to Polki :) Powrot na chatke z Kacha w srodku nocy. Zahaczylysmy o nocny, by kupic cos do jedzenia i picia. I po raz kolejny moge rzec: kocham Clarendon - okolica, w ktorej mieszkam. Same centrum, tetniace zyciem nawet noca. Wyszlysmy z metra, byla jakos po 2, a tam masa ludzi swietnie spedzajacych czas. Lubie to!
No i niedziela. Ze kacha musiala wczesniej wracac na chate, a ja nie mialam zadnych planow na potem, to wzielam sie za seriale xD Wieczorem ugotowalam obiad dla rodzinki - schabowe z tluczonymi ziemniakami, z pieczarkami i mizeria - polskie mniaaam. Jedli, az im sie uszy trzesly i tylko sluchalam: "O boze, ten kurczak jest taki przepyszny, jak to zrobilas?" :)
I kolejny tydzien czas zaczac. W tym tyg. rozmawialam z moja mama chyba codziennie. Ale juz nie wzbudza to we mnie az takiej tesknoty.
A najlepszy byl wtorek - o godzinie 17, 1 godzine przed skonczeniem pracy usiadlam na kanapie i rozejrzalam sie po domu. Wszystko bylo posprzatane, stol nakryty, lekcje odrobione, a dzieciaki bawily sie samodzielnie w ogrodku. A ja SIEDZIALAM. Zalozylam noge na noge i poilam sie ta chwila chwaly. Wtedy pierwszy raz pomyslalam: "Wygralam! Ogarnelam dzieciaki, ogarnelam zycie tu." Wszyscy wspolgralismy, bylo milo i przyjemnie. I tak do konca tygodnia :)
W czwartek zrobilismy "dance party". Nagrywalismy sie jak tanczymy i spiewamy. Dzieciaki nie klocily sie, nie bily, bylo CUDOWNIE.
Co nowego? Chodze na zumbe! W srode bylam pierwszy raz i tak dostalam w dupke, ze myslalam, ze umre. Ale bylo mega fajnie i bede chodzic teraz 2 razy w tyg. $5 za lekcje! Cala godzine! Potrzebuje tego, bo zaczela sie naprawde jesien - deszczowo i smutno. Czas biegania sie skonczyl, a ja musze miec jakas motywacje.
I na koniec najwazniejsze: cos co wygralam naprawde - rodzine. Druga rodzine, tylko na drugim koncu swiata.
W srode, gdy wrocilismy z gimnastyki K., HM byla juz w domu. Weszlam do srodka, a ona wyskoczyla do mnie z bukietem kwiatow. Zdziwiona pytam o co chodzi, a ona mowi: "Pomyslalam dzis, ze kupienie ci kwiatow bedzie dobrym sposobem, by przypomniec ci, ze jestesmy tu razem z toba i bardzo cie kochamy." No i co ja mialam zrobic? Otarlam lze i uwiesilam sie jej na sile, powtarzajac tylko: "Dziekuje, dziekuje, dziekuje..."
I to moja najwieksza wygrana. DZIEKUJE.

środa, 9 października 2013

Wygralam

Czas leci. Po prostu zapiernicza. Nie nadazam. Ostatnio pamietam, ze byl poniedzialek. A teraz patrze, ze jutro czwartek. Aha. Czwartek.. to oznacza WEEKEND!
Weekend przed weekendem spedzilam roznorodnie: piatek - lenistwo, lenistwo, skype, lenistwo. Sobota - pojechalam do mojej pierwszej znajomosci tutaj - Martiny - Czeszka, z ktora bylam w pokoju na orientation. Pojechalam do niej do Alexandrii. Spacer, kawka, zakupy, duzo zakupow, kolacja w tajskiej restauracji - kocham. Na szczescie porcja jak zwykle byla ogromna, wiec mialam pyszny lunch na drugi dzien :)
W niedziele pojechalam z Mita do Kachy, do Gaithersburga. Dluga droga metrem, ale oplacalo sie, bo to wcale nie az taka wiocha, jak Kacha opisywala, gdyz maja tam.. SWEET FROGA. A jak jest sweet frog, to jest impreza. Potem obiad w takiej knajpce, gdzie przy wejsciu placisz $7 i jesz ile chcesz przez ile chcesz. Pizza, makarony, salatki, chlebki czosnkowe, ciasta, ciasteczka, paczki, picie, blablabla. Powtarzam - $7! Tak, przytylam.
A wieczorem kino. Jakas komedia romantyczna. Nie jakis tam super film sie nam trafil, ale fakt samego wypadu do kina w Stanach daje radoche. Bylo smiesznie, no i tak amerykansko oczywiscie.
I kolejny tydzien. W pracy bylo fajnie i niefajnie. Jak to z dzieciakami. Wiekszy problem tym razem z M. Za zasadzie: "Jestem leniem, nie bede robic lekcji". Ale jakos tak mnie to juz nie rusza. Jestem bardziej opanowana, ogarnieta, po prostu znam ich, nauczylam sobie radzic w sytuacjach nieciekawych, zlych i kryzysowych. Mam wiekszy wplyw, daza mnie wiekszym szacunkiem. Nie boje sie juz krzyknac. I krzyknelam. I to tak, ze moje najstarsze sie przestraszylo, a nawet bym rzekla zdziwilo. Dawno chyba tego nie bylo. Brakuje im twardszej reki. No i dziala.
I tak jakos minal kolejny tydzien :D Wiem, szybko i bez szczegolow. No ale dzien jak co dzien ;p
Ostatni weekend na imprezowo. W piatek oczywiscie jestem leniuszkiem. Na dol schodze dopiero po 12, gdy juz moj organizm wola o kofeine. Zawsze wtedy ucinam sobie gadke z nowa niania z Hiszpanii. Swietna dziewczyna, mieszka tu od dawna. Teraz studiuje. Tylko rok starsza ode mnie. Baaardzo ja polubilam.
W sobote rano pojechalam z rodzinka na Pumpkin Festival - taaak, bardzo Halloween sie zrobilo ostatnio. Wszystko jest pumpkin! Pumpkin cupcake, pumpkin coffee, pumpkin soup, pumpkin everything. Oni naprawde maja swira na punkcie Halloween. W sklepach przeceny slodyczy - to mi akurat pasuje ;p Kostiumy, dekoracje, wydarzenia, wszystko. No ale wracajac do tematu.. festiwal nie byl najlepszy, a w dodatku maly C. sie rozchorowal, wiec wrocilismy wczesniej do domu. Ale zaraz po powrocie zabralismy sie za dekorowanie domu. Rodzinka wie, ze mam arachnofobie, wiec nie mogla odpuscic sobie kupna olbrzmich pajakow i pajeczyn i zawiesic ich nad drzwiami domu - kocham ich.
A ostatnio mialam jeszcze zajecia z C. z przyrody, jezdzimy czasem na takie cus. I rano jak zeszlam na dol hostka mowi: "Dzisiaj Natural Park! Wiesz jaki jest temat?" A ja nieswiadoma: "Noo, tak, pamietam. Jaki temat?" - "Zwierzeta halloween" - "No to ekstra, tematycznie" - "Zwierzeta halloween oznaczaja pajaki" I brecht. Nooo dzieki! Wiec na zajeciach kazano mi ogladac pod lupa zywe pajaki wielkosci prawie mojej reki zamkniete w sloikach, a potem wyprawa do lasu w poszukiwaniu pajakow! Tak tak, zgadujcie jak bylo mi super. Spierniczalam szybko xD
No i wracajac do weekendu.. (jakis ten post nie po kolei, wiem, ale zmeczona jestem). No to w sobote przyjechala do mnie Kacha. I dzien jak codzien: starbucks, zakupki, obiad. Zrobilam jej nawet umbre, zdolna ja! Duzo cwiczylam farbowanie na mamy wlosach heheh. A wieczorkiem czerwona szminka, obcasy i gotowe na dens.
I wszystko opowiem, tylko kurcze, dokoncze jutro, bo ledwo na oczy widze.
Moi fani, badzcie cierpliwi! Czyli Ty.. mamo :D
XO

piątek, 27 września 2013

2 miesiace

2 miesiace temu opuscilam polska ziemie, by stawic czola amerykanskiej. Spostrzezenia? Tak! I to duzo.
NOTICED:
1. Kobiety ubieraja adidasy do sukienek i garsonek. Po prostu nie przebieraja sie po pracy i ida biegac czy leca na zakupy.
2. Ogromne porcje jedzenia, ogromne drogi, budynki. Wszystko ogromne.
3. Amerykanie to krolowie kompsucjonizmu.
4. Wszedzie policja, na widok ktorej zawsze szybciej zabije ci serce.
5. To nie prawda, ze ciezko tu robic nielegalne rzeczy.
6. Ludzie ZAWSZE chca ci pomoc, ZAWSZE sie usmiechaja, ZAWSZE pytaja jak sie masz, choc tak naprawde NIGDY o to nie dbaja.
7. Sa szaleni na punkcie bezpieczenstwa dzieci w szkolach i innych placowkach.
8. Tu naprawde mozesz wyjsc w pizamce do sklepu i nikt nawet na ciebie nie spojrzy.
9. WSZYSTKO jest tansze. Mozesz kupic ksiazke za $1, ciasteczka Oreo za 45 centow, laptopa za $200, conversy za $15
10. Wszedzie jest klimatyzacja. Wszedzie!
11. W dobrych klubach, w lazience, spotkasz pania, ktorej praca polega na nakladaniu mydla na twoje dlonie i wycieraniu ich po umyciu. Az glupio i niezrecznie. Naprawde wole myc rece sama :D

Zycie tutaj to ciagla nauka. Kazdego dnia cos nowego.
Ostatni weekend: urodziny Anny. Ja ona i 3 inne au pair, Niemki. Zrobilysmy pizze, wybralysmy sie na zakupy (jesienne kolekcje nadeszly!), jej hosci zamowili ogromnego torta z flaga Wloch, wiec wyzerka, wyzerka i wyzerka. A po tym wieczor filmow. I tak nam sie nie chcialo wychodzic spod kocow, ale nikt sie za nas przeciez nie zabawi, a urodziny trzeba jakos uczcic! Wiec wybralysmy sie do klubu, jednego, potem drugiego. Spiknelam sie z slynna juz na mym blogu Mita - dziewczyna imprezy :D I tak trafilysmy z nia, innymi ludzmi i promotorem do jednego z najlepszych klubow w DC.
Ale po kolei. Umowilysmy sie przed klubem. Nagle podchodzi do nas jakis czarny mezczyzna w garniturze: "Are you from Peter?" - "Eee.. Yes" - Nie znam zadnego Petera, tak apropos :D No to mily pan rzekl, ze stolik juz na nas czeka. Eee OK! Minelysmy dluuuga kolejke ludzi czekajacych. by wejsc do srodka. I znow, niczym VIPy, weszlysmy do klubu, w ktorym spedzilysmy 3 min. Potem wraz z Mita, promotorem i jego kolega pojechalismy jego (promotora) autem gdzie indziej. Tak, w 8 osob zapakowalismy sie do mercedesa i fiuuu. Dach w dol, szyby w dol, muza w gore i lecim!
Podjechalismy pod klub, ludzie na zewnatrz, czerwony dywan, jakis facet gania z aparatem i robi nam zdjecia, promotor rzuca kluczyki jakiemus panu, by zaparkowal jego auto - OK! Loza zarezerwowana, na stole vodka, szampan, wino, soki - po prostu chciej i chlej!
Baaardzo dobrze sie bawilysmy. Obiecuje, ze foty juz wkrotce!

W niedziele przyjecie urodzinowe K. Nie wierze, ze dzieci moga dostawac tak duzo drogich prezentow w tym wieku. Szok.
No i kolejny tydzien pracy, a dokladnie jak zawsze 4 dni. C. jest przeslodki! Uczymy sie teraz liczyc i oto jego wersja: "One, two, three.. chicken, five" Ahahah.
K. i M. w porzadku. Moj plan dziala. Sa nagrody i sa kary. Staraja sie, licza ile kazdy z nich zarobil usmiechnietych minek w tygodniu - co oznacza nagrode w weekend, lub iksow - nie ma deseru, tv i nic specjalnego w weekend. Zaczynamy wspolgrac. Pierwsze koty za ploty.

No i moje odczucia.. W tym tygodniu plakalam wiele razy. Ale na pytanie czy chce wrocic do domu zawsze odpowiadam bez namyslu: NIE.
Tesknie ogromnie, niesamowicie, bardzo. Za rodzina, przyjaciolmi, chlopakiem, polska "normalnoscia". Ale kazdego dnia rozumiem nowe rzeczy. Teraz tutaj mam swoja host rodzine, przyjaciol i amerykanska "normalnosc". Moje zycie jest teraz i tutaj. Ciezko jest wylaczyc myslenie, ale to chyba najlepsze co mozna zrobic. Staram sie odrzucic strach, panike i uporczywa tesknote. To wszystko siedzi w mojej glowie, a moja glowa jest moja, wiec moge sie tego pozbyc!
Odkrylam najpiekniejsze miejsce tutaj - wzgorze, z ktorego noca widac caly pieknie oswietlony Waszyngton. Widzisz to i nagle wiesz dlaczego tu jestes.
Najlepsze momenty tutaj? Np. jak jade z Anna autem, sluchamy glosno muzyki i wydzieramy sie przez otwarte okna (bo spiewaniem bym tego nie nazwala ;p) I juz. I to wystarczy. Zapominasz o wszystkim. Ameryka to dla mnie to moje otwarte okno - okno otwarte na wszystko.
Dziekuje moim najblizszym, ze stawiaja mnie do pionu, w kazdej chwili, gdy tego potrzebuje.
29 wrzesnia - 2 miesiace.

czwartek, 19 września 2013

Swiat od zaraz brac sie chce

Kolejne tygodnie minely. Nie wiem kiedy, nie wiem kiedy.
Weekend spedzilam w Pennsylvanii. Rodzinka zabrala mnie do Hershey Parku, o ktorym wspomnialam w ostatnim poscie. Bylo NIEZIEMSKO! Piatek zaczal sie swietnie. Szybkie pranie, pakowanie, przyjechala Anna, nagralysmy filmik mnie tanczacej (mozecie luknac na tablice fejsbuka) - to na peace day contest 21. wrzesnia. Po poludniu przyjechali po mnie przyjaciele HM i pojechali my!
HM z dzieciakami wyjechali nad ranem, bo chcieli po drodze zajechac do mojego HD w odwiedziny. Mielismy opoznienie przez korki, wiec zatrzymalismy sie w restauracji na obiad. Myslalam o jakims KFC czy Maku, a tu Ruby Thuesday (polecam!) - swietna restauracjia. I znow uslyszalam: "Bierz co chcesz, nie martw sie o nic, za wszystko placimy" heheh. Po pysznosciach dalej w droge i przybylismy tam wieczorem. W recepcji obdarowali nas paczkami wypchanymi czekolada. Hotel byl ogromny i ogromnie piekny. 3 restauracje, 4 sklepy, 2 baseny, 7 sal konferencyjnych, minigolf, wszo co chcesz!
Nastepnego dnia pojechalismy do ogromnego parku rozrywki, po ktorym biegalam znow jak male szalone dziecie zaliczajac wszystkie roller coastery. Jeden z nich jest wpisany na liste najstraszniejszych na swiecie - odwazna ja! Teraz jestem gotowa na skok ze spadochronem, ktory jest oczywiscie od dawna wpisany na mojej liscie TO DO IN USA. W niedzielie pojechalismy do fabryki czekolady. Ogladalismy jak przygotowuja czekolade. Ahhh te wszystkie zapachy i widoki, po tym wszystkim trzeba bylo kupic co nieco smakolykow. Wieczorem, gdy dzieci poszly na basen, a ja zostalam tylko z malym C. i HM, jak zwykle pochlonela nas rozmowa. Zamowilysmy sobie kolacje do pokoju. Siedzialysmy i gadalysmy o wszystkim i o niczym. Zaczynajac od nowej diety cud w USA, konczac na religiach i holokauscie. Nagle zorientowalam sie, ze C. zasnal mi w rekach. A HM powiedziala: "Widzisz, mial wybor zasnac u mnie albo u ciebie, wybral ciebie. To niesamowite." I to rzeczywiscie bylo niesamowite uczucie.
Gdy wyjezdzalismy, K. zapytala mnie, czy moge zostac z nimi na drugi rok. Heheheh. To chyba dobry znak, chyba sie wkupilam :D Takze weekend mialam pelen dobrego jedzenia, slodkosci, szalenstwa i ogolnie super spedzonego czasu. Gdy wrocilam, znalazlam oczywiscie troche sil, by wyskoczyc do Sweet Froga z Anna, to wiadomka.
Ja tu opisuje ostatni weekend, a kolejny juz przede mna! 3 dni wolnego ommm. I plany, plany!
To byl ciezki tydzien, to trzeba przyznac. Byly 2 wieksze problemy z K. Ale to juz nie wybija mnie z rytmu tak jak kiedys. Wyluzowalam, wiem, ze nie musi byc wszystko perfekcynie, choc wciaz staram sie robic wszystko najlepiej jak umiem. Nie odpuszczam, nawet jak padam na twarz. Staram sie na dzieciaki wplywac, uczyc je, wychowywac. Nie tylko pilnowac, zeby sie nie pozabijaly. Choc czasem sama chcialabym tak.. o sciane.. raz.. albo i dwa :D
Ale takie fazy zawsze wynagradzaja slodkie przeprosiny, buziaki, przytulanki i czule slowka.
C. znalazl we mnie schron. Wszystko chce robic ze mna, nie odstepuje mnie na krok. Biegnie i wtula sie w ramiona, gdy jest przestraszony. To najlepsze uczucie.
I mimo tych wszystkich pieknych chwil, czasem wkradnie sie chwila slabosci, niewytlumaczalnego smutku, tesknoty, strachu. Bez powodu lzy sie cisna do oczu. Ale to zupelnie normalne. Wiem jak sobie z tym radzic. Ostatnio skype z rodzicami pomogl bardzo. A czasem wlasnie skype jest ostatnia rzecza, ktora chce zrobic w takiej chwili. Kawa z przyjaciolmi, wyjscie pobiegac, spacer, dobra muzyka - wszystko pomaga. I wyznaczanie sobie malych celow, do ktorych chce sie dazyc bedac tutaj.
Czasem wizja roku tutaj przeraza i jak male dziecko chcesz sie zamknac w szafie z ulubionym kocem. Czasem napedza to do dzialania, bierzesz kalendarz w lape i planujesz kolejne rzeczy.
Dzis wieczor spedzilam z dzieciakami, bo HM chciala wyjsc z przyjaciolmi. Wlaczylismy muzyke, tanczylismy, robilismy glupie zdjecia. Polozylam ich spac, przeczytalam ostatnia ksiazke, powiedzielismy sobie, ze sie kochamy - nawet takie male rzeczy daja kopa.
I pewne juz jest, ze na swieta wracam do domu!!! Pieniadze mam, bilet mam, chec mam, to jade!! I to jest najlepsze uczucie - jestem tu, moge robic co chce, spelniam marzenia kazdego dnia. A mimo to czuje ten spokoj w glowie, bo wiem, ze niedlugo zobacze rodzine i spedze ten wazny czas z najwazniejszymi ludzmi. Naladuje sie dobra energia i wracam do NYC na nowy rok do Martyny! I Asia tez ma tam byc, wiec spedzimy najlepszy sylwester w naszym zyciu, w najlepszym miejscu na ziemi, znow we trzy. Dreams come true!
Wiem, ze jestem wlasciwa osoba na wlasciwym miejscu i we wlasciwym czasie. Czuje, ze to to. To moj czas. I to moj swiat, w ktorym nie ma granic. O tak, nie ma granic w moim swiecie!

środa, 11 września 2013

Taka tam Ameryka

Hej haj helou. U mnie wszystko pieknie super. Uwielbiam swoje miasto, uwielbiam Washington DC, uwielbiam swoj dom, uwielbiam swoja rodzinke, uwielbiam WEEKENDY. W poniedzialek (labour day - swieto pracy) mialam wolne, gdyz rodzinka wracala z Ohio. Niestety lub stety, babcia z nimi nie przyjechala, bo zachorowala (nie ze stety bo zachorowala ;p). No to zrobilam przywitalny obiad (zupa pomidorowa z ryzem, z ktorej bardziej wyszedl ryz z zupa pomidorowa), siadlam z HM na tarasie i zaczelysmy rozmawiac jak zawsze. Dzieciaki sie stesknily, zwlaszcza maly C. Umie juz powiedziec moje imie bez bledu i ogolnie przez te poltora tygodnia co go nie widzialam, to wydaje mi sie, ze urosl i przyswoil nowe slowa.
We wt pojechalismy do szkoly na rozpoczecie, ktore nie wyglada jak nasze rozpoczecie, bo nie jest kompletnie oficjalne. Witaja cie w szkole, idziesz do klasy, rodzice dostaja paczki z informacjami dotyczacymi zmian i takie tam. Poznalam ich nauczycieli, zeby nie wyszlo, ze ich porywam ze szkoly czy cos, bo maja tu bzika na tym punkcie.
No wiec ZACZELA SIE SZKOLA, czyli haj lajf dla au pair. Zostaje tylko z malym, od 12 do 15 przerwa, potem odbieram diabelki ze szkoly i w sumie jestem z nimi tylko 2h. A tu trzeba lekcje zrobic, a tu cos zjesc.. szybko leci i koniec pracy. Ogolnie tak jak moja HM powiedziala: szkola sie zaczela, nie ogarniesz kiedy bedzie mijac tydzien za tygodniem. I to prawda!
A najgorzej, ze weekendy mijaja jeszcze szybciej ;p Ostatni weekend: w pt wyjatkowo pracowalam, bo nie pracowalam w pn. W sb pojechalam z Anna, inna au pair, na domowke. Bylo to miejsce oddalone o jakies 40min. Anna wziela samochod, pojechalysmy spotkac sie z innymi 3 au pairkami, ktore nas w to wciagnely i na 2 auta pojechalysmy najpierw na before, tam poczestowali szotami. Musialysmy zostawic tam auto i zalatwili kierowce, ktory nas tam zawiozl. Impreza szalona! Przy wejsciu stalo 4 chlopakow, ktorzy "sprawdzali" ID, nakreslili nam krzyzyki na rekach i weszlysmy. W kuchni - pijani ludzie, w salonie - pijani ludzie, w piwnicy - tanczacy, pijani ludzie, na gorze - zgadnijcie! - pijani ludzie. Poszlysmy na dol potanczyc, ale nie dalo sie, bo byla taka ciasnota i duchota. Tak, bylo tam jakies 200 ludzi w jednym domu. Poszlysmy do baru po cos do picia, nalewali tajemniczy, niebieski napoj do slynnych czerwonych kubeczkow. No to pijemy, pewne, ze krzyzyki na naszych dloniach sa dlatego, ze nie jestesmy pelnoletnie. Ale nie! Okazalo sie, ze kazdy je ma, ze to znaczy, ze zaplaciles (chociaz my nie placilysmy - ah, te wtyki xd). No to automatycznie wybilam Annie kubek z rak: "Don't drink it! There's alcohol inside!" - przypominam, Anna byla kierowca.
Impreza udana, ale robilo sie nudnawo, wiec po 12 stwierdzilysmy, ze zwijamy stamtad. I tu zrobilo sie dziwnie - wypuszczali po 4 osoby co pare min - "Jak to mozliwe, ze nie mozesz wyjsc z imprezy kiedy chcesz?!" - pomyslalam. Ogolnie bylam ciekawa na jakiej zasadzie to dziala, bo wszyscy ludzie, ktorych tam poznalam, byli ponizej 21 roku zycia. Mialam okazje dowiedziec sie od kierowcy, okazalo sie, ze jego brat jest wlascicielem tego domu i wspolnie z kolegami robia taki biznes. Mlodzi niepelnoletni chca sie napic i wybawic, ale nie maja jak i gdzie, wiec oni organizuja takie imprezy. Biora po $5 od kazdego przy wejsciu, organizuja darmowe alko i kierowcow, by kazdy pijany trafil bezpiecznie do domu, by nie narobic sobie nawzajem problemow, gdyby policja kogos zlapala czy cos. Reszte kasy dziela miedzy soba. No i prosze, taki biznes! Na wszystkim da sie zarobic.
Ale szczerze powiem, ze to, ze nie mozesz tu pic do 21 roku zycia jest chore. Dzieciaki i tak, jak widac, pija. Malo tego, przez to, ze nie moga normalnie usiasc w knajpie i spokojnie wypic 2 piw podczas weekendu, przychodza na taka impreze i upijaja sie w 3 dupy. Widzialam te wszystkie pijane panny, pozwalajace sie obmacywac na parkiecie, lizac pod sciana, a tu nagle flesz, pstryk i ktos zrobil kompromitujace zdjecie - doslownie jak w filmach. A pozniej fiu za raczke i na gore do pokoju. EHHH.
Bylysmy troche glodne i zmartwione czy Anna moze juz prowadzic. Nie wypila duzo z tego kubka, ale mimo wszystko. Wiec pojechalysmy do Maka na taka.. pozna kolacje o 1 w nocy :D Ciezkie jedzenie pomoze xd Cala droga na spokojnie, a doslownie 3min przed dojechaniem do mnie do domu (Anna zostawala u mnie na noc) widzimy z daleka skupisko policji na sygnalach. Widze, ze Annce juz rece sie trzesa. Ale jedziemy! Takie my. Oczywiscie znajac moj humor, pocieszylam Anne, ze najwyzej przespimy sie 24h na komisariacie, a pozniej wylecimy z programu i wrocimy do domu. CO NAJWYZEJ! Przejezdzamy kolo policji, patrzymy, a tu kreca film :D Ahahah, ta Ameryka.
Dotarlysmy do domku, wszystko pieknie.
W nd spotkalam sie z Kacha (Believe in Your Dreams). Przyjechala do mnie. Lunch w Cheesecake Factory, pokazalam jej Clarendon - dzielnice, w ktorej zyje. Potem pojechalysmy do DC na Adams Morgan Day 2013. Bylo tam duzo koncertow, wiec posluchalysmy troche czarnego rapu heheh. Stoiska z jedzeniem z calego swiata i takie tam. Kawa w Starbucksie i trza bylo wracac, bo jutro do pracy. Ehh.. dlaczego weekendy mijaja tak szybko?!
Ale dzis juz sroda wieczor, o 7 wieczorem jestem juz w pizamce - wieczor filmow i nicnierobienia. Wiec ogolnie czas tu szybko leci. Czwartek (jutro) ostatni dzien pracy! A w pt wyjezdzamy. HM zabiera mnie do Hershey Park w Pennsylvani. To ogromny park rozrywki z roller coasterami, luna parkiem iii.. fabryka czekolady i ciastek! Zostajemy tam na caly weekend. Jada z nami jeszcze jej znajomi. Mega ekstra! Mam plany na kazdy weekend, az ich brakuje :D
Ostatnio pomagalam pierwszy raz M. w odrabianiu lekcji i ku mojemy niedowierzaniu, zrobilam z nim matme (ktorej nie umiem, nienawidze i odbierajac swiadectwo zdania jej na maturze myslalam, ze mam z nia ostatni raz stycznosc). A tu nie, no ale matma w 3 kl. nie jest az taka trudna ;p Za to, mialam problem w angielskim! Haha. Pomyslalam: "I na co teraz ta moja stowa na maturze?"
Ale HM wytlumaczyla mi jak tutaj wygladaja zadania i o co chodzi, wiec spoko luz, do przodu jak zawsze.
Tesknie, ale tym razem tak zdrowo. Radze sobie ze wszystkim i ten fakt dodaje sily kazdego dnia. Sa lepsze i gorsze dni, ale zawsze mam przyjaciol, ktorzy pomagaja. Juz teraz nie tylko tych na skejpie (ktorym dziekuje ogromnie), ale tez tych tutaj. Nawiazuje przyjaznie, ktore chcialabym, zeby trwaly dluzej, niz tylko ten rok spedzony tutaj.
Czymcie sie!

wtorek, 27 sierpnia 2013

Miami, Miami.. i po Miami

W Miami bylo jak to w Miami: plaza, drinki, zakupy, restauracje, basen, imprezy, wycieczki.. no ciezkie zycie :P
W czwartek o godz. 7 wieczorem skonczylam prace i byl to najlepszy moment w moim zyciu. Nie interwsowalo mnie juz nic, pakuje manatki i leceee. Kase dostalam od hostki z gory za 2 tygodnie, bo przeciez trzeba za cos sie bawic na wybrzezu :D Noc spedzilam u Mity, bysmy razem dotarly na lotnisko. Zanim poszlysmy spac, uczcilysmy nasza wyprawe po duzym piwku (tak, mamy sklep gdzie nie sprawdzaja ID), wiec w sumie spalysmy jakies 2-3h.
Z DC do Charlotte w Polnocnej Karolinie, stamtad do Miami! W Miami pierwsza podroz zolta taksowka, oczywiscie wszystko uwiecznione aparatem. Tak, z lotniska do samego hotelu taksa, a co sie bedziem!
Hotel super, obsluga.. smieszna, pomocna, no i basen odkryty. Szybki ogar i myk na plaze. Weszlam do blekitnego, niemalze przezroczystego oceanu - chwilo trwaj!
Widoki niesamowite, za dnia i noca tym bardziej. Wieczorny czilaucik na plazy, szum oceanu, w tle muzyka dochodzaca z klubow, smiech beztrosko bawiacych sie ludzi - bezcenne po ciezkiej pracy.
Nastepnego dnia wesola wycieczka wokol calego Miami. Smieszny pan wszystko nam opowiadal, pozniej czas wolny w centrum, a na koniec rejs lodzia. Cuuudownie. Co zobaczylam, to moje: apartamenty miedzy innymi: Jackie Chan, Ricky Martin, Jennifer Lopez.. SHAKIRY!! i tak dalej, i tak dalej.. nie pamietam.
Jednej nocy udalo nam sie zaimprezowac. Wszystko dzieki Micie, gdyby nie ona, ja nie odwazylabym sie na to. Udalo nam sie wejsc do klubu, a wszystko dzieki jednemu z jakze slynnych dla kazdej au pair under21 promotorow. Pojechalysmy pod hotel, tam weszlysmy jak vipy, przedstawiono nas milionom osob i hulaj duszo! Drin za drinem, co chcesz, wszystko na koszt hotelu. Pozniej udalismy sie przeogromnym, "imprezowym" busem, gdzie bylo.. dziwnie: rura na srodku, glosna muzyka, no po prostu Miami. Weszlismy do klubu, poza kolejka, wynajeta loza, litry vodki.. Caly czas czulam sie spieta i kompletnie nie w klimacie. Nie zwyklam chodzic do takich miejsc. I najzwyczajniej w swiecie balam sie o siebie, i o Mite, bo ta komletnie odnalazla tam siebie :D
Zaczeli puszczac fajna muzyke, wiec chcialam potanczyc, ale TUTAJ w klubach ludzie NIE TANCZA. Po prostu pija, a jak juz uderza na parkiet, to tylko po to, zeby sie pomacac. Wiec odnalazlam swoj kacik samotnosci i zszokowana obserwowalam ludzi, popijajac drinka (bardzo dobrego swoja droga). Na stolach tanczyly piekne panie, dostrzeglam gdzies tez transwestyte, na scianach przy lazienkach puszczali pornosy, w katach byly lozka. WTF?!
Ale fajnie bylo cos takiego zobaczyc. To, co widzimy w amerykanskich filmach naprawde istnienie, to nie jest nic przekoloryzowanego, TO JEST. Namowilam Mite na szybszy powrot. Zdecydowalysmy sie przelozyc nasza wycieczke na pozniejsza godz. i bylo bardzo trudno po paru drinkach wytlumaczyc to panu w recepcji (ktory swoja droga mowil praktycznie tylko po hiszpansku (WIEKSZOSC w Miami to Kubanczycy, wiec mozna tam uslyszec w wiekszosci tylko hiszpanski)).
Kolejnego dnia wybralysmy sie na zakupy do Aventura Mall. Trzypietrowy Forever21 Ohhhh!! No a potem, wracajac do hotelu busem, zgubilysmy sie. Przegapilysmy nasz przystanek, pojechalysmy az do downtown, w sumie jechalysmy ponad 3h :D Ale bylo warto, bo takiej wycieczki po calym Miami za $2 nigdzie nie dostaniesz, wiec polecam!
Reszta czasu to relaks przy basenie lub na plazy, zakup pamiatek dla HF i pocztowek dla znajomych.
Wieczoramy zwyklysmy chodzic na basen i tam poznawalysmy milion ludzi z kazdego kranca swiata.
Bylo naprawde ekstra.
Mamy film z calej podrozy, musimy tylko skleic to w calosc. Oprocz tego miiiilion pieknych zdjec. Kolejne pieniadze wydam na lapka i dodam w koncu wszystkie zalegle zdjecia. No, ale najpierw musze zarobic te pieniadze, bo nie oszczedzalysmy w Miami, to trzeba przyznac :D
No wiec bylam w Miami, pierwszy duzy trip w USA zaliczony. Jestem mega szczesliwa i dumna. Pojechalam tam za wlasne, zarobione pieniadze, poradzilam sobie ze wszystkim, bylam odpowiedzialna za siebie. To naprawde dobrze smakuje. Niezaleznosc, podejmowanie decyzji, bycie samodzielna. Wow, po miesiacu tutaj naszly mnie wielkie refleksje i doszlam do wielu wnioskow.
Takze, jesli ktos sie jeszcze zastanawia nad wyjazdem, POLECAM. A mowie to, chociaz jeszcze 2 tyg. temu chcialam wracac do domu :)
Jak to moja kochana mamita mowi: "Podroze buduja, ucza i ksztalca. Co zobaczysz, to twoje. Badz dzielna."
A teraz czas odespac! Bo wiecie.. plazowanie, plywanie, zwiedzanie, imprezowanie, jedzenie tropikalnych owocow.. to wszystko bardzo meczy ;p
A podczas tej calej wyprawy zatesknilam za domem.. w Arlington. To dobry znak. Naprawde jest mi tu dobrze. Gdy wrocilam znalazlam sliczna kartke od HM: The future belongs to those who believe in the beauty of their dreams. - Eleanor Roosevelt, a pod spodem napisala: "We are so proud of you and how you are adjusting. We are so happy to have you with our family and share everything with you! I believe in you, Love, H." I lza sie kreci.. i splywa po policzku. Eh, swiecie.. dziekuje, swiecie!!

wtorek, 20 sierpnia 2013

Do przodu, Plekas!

Ah, ta Hamryka.. duzo wszystkiego. Ostatnio moja droga au pair z Polski, Mita, namowila mnie na maly shopping. Moj pierwszy raz: "Tylko rzuce okiem, nie mam zbyt duzo czasu." Weszlam do Forever 21 i.. spedzilam tam 3h! Tylko 3, bo juz zamykali i musialam wyjsc :D Boze, boze, tyle wszystkiego i to za taka cene! W koncu moge pozwolic sobie na ciuchy, o ktorych zawsze marzylam! Oh, Ameryko, nawet mozna cie lubic! Lecz potem odkrylam inny cud. Moje miejsce na ziemi.. SweetFrog. MUSICIE tego sprobowac. Lody w kazdym smaku, jaki mozesz sobie wymyslic (choc mowia, ze to frozen joghurt, ale to naprawde sa lody :D) a do tego szwedzki stol, samoobsluga ze WSZYSTKIM, SERIO. Wiorki kokosowe, nutella, bita smietana, milion rodzajow orzechow, kit katy, liony, snickersy, wszystkie owoce ziemi, WSZYSTKO. Jem tam kolacje kazdego dnia heheh.
Juz w piatek przyjechala do nas w odwiedziny au pair z poprzedniego roku, ze Szwajcarii, 21 lat. HM przygotowala wloska kolacje, siedzialysmy do pozna i pilysmy winko.
Nastepnego dnia diably wrocily z samego rana, a ze to K. urodziny - zapomnij o wyspaniu sie. M. przyszedl mnie obudzic, bym uczestniczyla w ceremonii otwarcia prezentow. "Oczywiscie, jesli chcesz." A ja oczywiscie chce. Wszystko bylo mile, K. rzucila sie na mnie, zgaduje, ze z tesknoty :D Otwierala jeden prezent za drugim, a ja nie moglam w to uwierzyc, bo to tylko prezenty od HM i ode mnie. Reszta dopiero pod koniec wrzesnia, bo wtedy bedzie jej oficjalna impreza, gdy wszystkie kolezanki wroca z obozow. Wiec ode mnie dostala zestaw Friendship rings - plastikowe, przezroczyste pierscionki, ktore mozesz przyozdobic: farbami, naklejkami i takie tam. Prezent trafiony, bawi sie tym kazdego dnia, zrobila mi juz pierscionki na kazdy palec.
Wieczorem HM zabrala nas do restauracji do DC i to byla bardzo dziwna restauracja, pierwszy raz jadlam takie cos: podali nam dwie ogromne tace z rozlozonym na nich chlebem (my powiedzielibysmy na to nalesnik), a na tym byly rozlozone rozne typy miesa, warzyw i sosow i do tego bralo sie ten chleb i kazdy rekoma to jadl, wszystkim sie dzielilismy, nikt nie mial swojego talerza - dziwne, ale smaczne i ciekawe. Ta wizyta w restauracji i reszta wieczora przypomniala mi, jak glosno moze byc z dzieciakami. Teraz, teskniac, wracam myslami do czasu, calego tygodnia, spedzonego tylko z malym C. Ahh.. mile zycie au pair z jednym dzieckiem :D
Po DC pojechalam do Mity na noc, a tam byla moja kochana Kasia (Just Believe In Your Dreams), wiec spedzilysmy super wieczor i noc razem, w koncu! Mita namowila Kache na sushi, ale to nie byl dobry pomysl (uprzedzalam!), wiec szybka wizyta w Giancie - chipsy i oreo kupione, mozna jechac do domu. I co 3 polskie au pair moga robic w nocy w srodku Ameryki? Oczywiscie ogladac glupie filmiki Abstrachuje na YT do 5 rano heheh.
A jak wrocilam do domu, mialam mila niespodzianke - au pair z poprzedniego roku zostawila mi wiadomosc na lozku, ze chcialaby wybrac sie ze mna na kolacje - z mila checia przyjelam propozycje, poniewaz nie mialam nawet mozliwoscie wczesniej uzyskac z nia dobrego kontaktu i poznac jej. A to wazne, bo wiecej wie, moze pomoc. No i pomogla, rozmawialysmy duzo, zwlaszcza o rodzince. Btw zabrala mnie do Cheescake factory - ulubionego miejsca kazdej au pair, tak mowia. Tam jednak nie zjadlam cheescake, a pierwszego, ogromnego, ale bardzo dobrego hamburgera w Ameryce :)
No i powiedziala mi na co musze uwazac bedac au pair u tej rodzinki, jak to wygladalo kiedys i takie tam. Mamy podobne podejscie w kwestii bycia au pair i bardzo sie dogadalysmy.
W poniedzialek znow ciezka praca. Ahh.. jak te weekendy szybko mijaja. Ale nie bylo tak zle. Powoli zaczynam wchodzic w tryb zycia dzieciakow. Teraz i tak jest trudniej, bo sa wakacje, wszystkie 3 diably w domu przez caly dzien, bo ich obozy sie pokonczyly, duzo do roboty. Ale jak zacznie sie szkola, to bedzie o wieeele prosciej.
No i pod koniec dnia zbudowalismy namiot z kocow na naszej trampolinie, padl pomysl, zeby w nim spac, no i spalismy :D Wiec ostatnia noc spedzilam na dworze, w spiworze, lezac na trampolinie. M. spal obok mnie, wtulajac sie w moje ramiona - to bylo mega, poczulam, ze jestem mu potrzebna, ze niewazne sa teraz dla mnie jego codzienne zlosliwosci, bo teraz jest po prostu malym dzieciakiem, ktory potrzebuje ciepla.
Lezalam pod golym niebiem, patrzylam w gwiazdy i poczulam te ekscytacje - JESTEM W AMERYCE. Dotarlam do celu. Walczylam o to, staralam sie i oto jestem. Wszystko jak chcialam. Zwyciezylam, jestem odwazna, dalam rade. I zasnelam.
Ekscytacja upadla, gdy dzwonek zadzwonil o 7:15 heheh. Ale dzien byl prostrzy, bo poprzednia au pair zabrala ich do zoo i mialam wolne przez 6h - tak, wybralam 6h wolnego niz zoo, to chyba zrozumiale :D
Teraz 2 dni pracy i wolne do 2 wrzesnia, czujecie to?! 2 dni i wylot do Miami, CZUJECIE TO?!
XO

sobota, 17 sierpnia 2013

Polska, nie Polska, Polska.. nie Polska!

No, bylo blisko. Laptop wlaczony, otworzona strona cheapfilghts.com i szukanie biletu do Polski. "Nie chce tu byc! Nie znosze jedzenia tutaj! Podejscia do zycia! Nic mi sie tu nie podoba! Chce do domu, do chlopaka!" - milion rozmow na skype i przeplakany weekend. Wracam, nie dam rady, wracam! Mejle do koordynatorki - "Oddajcie mi moja Polske!" Ehhh, szkoda gadac. I chyba prosciej bylo by uslyszec od rodziny: "Nie, nie mozesz. Jesli wrocisz, to wyrzucimy cie z chaty." A ja uslyszalam jak zawsze: "Twoj wybor. MY uwazamy, ze postepujesz niewlasciwie, ale to TY poniesiesz konsekwencje w przyszlosci za swoje czyny." No i rozkmina zycia na lawce w srodku Ameryki. Zycie jest ciezkie ;p
Zaczelam kombinowac, by poleciec do Polski chociaz na tydzien, kiedy moja HF pojedzie do Ohio do rodziny w ostatnim tygodniu sierpnia. Ale w tym samym dniu, kiedy to sobie wymyslilam, mialam spotkanie z koordynatorka na chacie, by podpisac papiery i potem odrazu zabrala mnie na pierwszy cluster. No i babka okazala sie super osoba. Ja jej plakalam, a ona powtarzala: "Placz, placz, tylko wtedy poczujesz sie lepiej." Opowiedziala mi historie z jej zycia. Potem podczas clusteru obrzucila mnie pietnastoma au pairkami, by mi przegadaly. Wszystkie czuly to samo, gdy tu przyjechaly, a teraz czesc z nich przedluzyla pobyt o rok, heheh. Wklepywaly mi tylko swoje numery telefonow: "Pisz, dzwon, kiedy najdzie cie potrzeba." To ogromnie mile. Oczywscie porozmawialam tez o moich uczuciach z HM i jak zwykle okazala sie moim wybawca: "Jedz, jesli tego potrzebujesz, rozumiem cie, zaplace ci z gory, bys mogla zabookowac lot, tylko prosze wroc." Nie wierze, ze trafilam na te kobiete. No ale final taki, ze ani moim rodzicom ani w sumie nikomu nie podobal sie moj pomysl o odwiedzinach. Zegnanie sie po raz kolejny ze wszystkimi po tak krotkim czasie bylby jeszcze gorszy i tylko pogorszylby moj stan. No ale plekas jesc nie moze, wlosy wypadaja, stres i tesknota mnie zzera. Co robic, co robic? Wychodzic z domu! Skype wcale nie pomaga, tylko pogarsza sytuacje. Wiec machnelam kilka razy mascara, troche pudru na nos i sio! I jestem tu wciaz, czuje sie lepiej. Z dnia na dzien coraz lepiej. Skype tylko w niedziele. Poznalam ogrom innych au pair z kazdej strony swiata. Zaczely rodzic sie plany. Jest duzo do ogarniecia. Jakie zajecia wybrac, prawko, SSC, poprawic swoj angielski. Nie moge byc myslami w Polsce, kiedy mam tu trojke dzieciakow do opieki, w dodatku nad wyraz energicznych i lekko.. moze troche bardziej niz lekko.. nieposlusznych. Trzeba byc skupiona.
No i powoli przestaje rozmyslac, jestem tu i teraz. I okazalo sie, ze nie zorientowalam sie kiedy minal ten tydzien. To byl jak pstryk palcami. Ale co sie bede rozpisywac... W NASTEPNY PIATEK LECE DO MIAMI!! To podsumowanie tego postu. Hej!

sobota, 10 sierpnia 2013

Nielegalna ja

Czwartek - dzieci M. i K. opuszczaja dom na 9 dni i jada do rodziny. Z ogromna checia i pospiechem pomagalam wynosic ich walizki z domu. "Have fun!" i nie wracajcie wczesniej niz to ustalone heheh.
Praca z jednym malym C. jest prosta i przyjemna jak bulka z maslem, choc i tak wykancza po calym dniu. Ale z dwulatkiem tez moze byc ciekawie. W piatek spalam sobie w najlepsze, gdy hostka rowno o 7:30 zapukala do moich drzwi. Okazalo sie, ze nie ogarnelam, ze w piatek wyjatkowo pracuje. "So sorry!" Ale nic sie nie stalo. Poczulam sie dziwnie, jakbym cos zaniedbala, ale bylam nieswiadoma tego i pomylki sie zdarzaja. Piatkowa atrakcja w pracy - wychodzimy z C. z domu przez drzwi ogrodowe, gdyz wybieramy sie do parku. Wyciagam z garazu wozek, a C. mowi (nie mowi w sumie, ale nauczylam sie juz go rozumiec), ze chce wziac auta ze soba. Mowie: "Ok, idz do pokoju wybrac, a ja juz za toba ide." No i pobiegl, a ja "zaparkowalam" wozek i poszlam za nim. I wtedy niespodzianka - drzwi sie zatrzasnely. Szarpie, pukam, stukam - nic. C. wychodzi z pokoju, patrzy sie, a ja staram sie porozumiec z nim na migi i krzycze: "Prosze, sprobuj otworzyc drzwi!" Na poczatku nie chcial i bawilo go to, raczej nie rozumial powagi sytuacji. Pozniej zaczal wspolpracowac. Ale i tak nie pomagalo, bo nie rozumial mnie dobrze. Pobieglam do drzwi frontowych, ktore WYJATKOWO byly zamkniete. Pobieglam do garazu poszukac zapasowych kluczy, potem do auta czy nie ma nic w schowku. Zaczelam mocno pchac drzwi, kazalam mu sie odsunac, ale nie ogarnial. Zaczelam myslec nad konstrukcja domu: "Niech to szlag, dlaczego oni nie otwieraja okien! Moze w strasznej piwnicy jest jakies przejscie? Niestety nie." Dopoki mam C. na oku przez okno w drzwiach, to jest ok. Jak strace go z oczu musze zadzwonic do HM i powiedziec jej jak wyglada sytuacja. Dobrze, ze tel. mialam ze soba. Ale jak to ja - jeszcze jedno podejscie, musi sie udac. Pobieglam do drzwi frontowych a maly C. za mna. Tlumacze mu, prosze, pokazuje. I jest! Udalo mu sie otworzyc zamek w drzwiach! Jestesmy uratowani. Poszlam sprawdzic drzwi w kuchni - zwyczajnie sie zaciely, od srodka juz je otworzylam. I bylam bardzo dumna z C.
Czas tesknoty mnie dopadl, wiec musze czyms sie zajac. Kolezanka, inna au pair z Polski, ma wolny dom do konca sierpnia. Jak to brzmi? Jak impreza! Oczywiscie nie zadny project x, a zwyczajne pogaduszki na tarasie do pozniej nocy. Zostalam u niej na noc i, uwaga, nielegalnie wypilam piwo! Pierwsze piwo tutaj, po pracy, w upalny wieczor - piwo nigdy nie smakowalo tak dobrze. Ale nie samo piwo bylo atrakcja, a zdobycie go. Kto je kupil plekasowi? Pan policjant. "Wy zostajecie tutaj, a ja ide sam, moge przez to stracic prace!" - powtarzal, a ja czulam sie jakbym ogarniala kilo heroiny gdzies na bronksie. A czekanie przed sklepem az osoba pelnoletnia kupi mi piwo przypomnialo mi gowniarskie czasy gimnazjalne.
Oczywiscie nie myslcie sobie, ze mozecie podejsc do pierwszego lepszego policjanta na ulicy i grzecznie zapytac sie go, czy kupilby wam pare piw :D Ten akurat kreci z moja kolezanka au pair, wiec wtyki wtyki :D
Sobote spedzilam w Washington DC, w koncu zwiedzanie! Bylam tam z ta sama au pair z Polski i jeszcze z moja Dominika Bubka! Upalny dzien, nie chcialo sie jesc, nogi bolaly. I tak trudno ogarnac tu to wielkie metro. Ale co trzy glowy, to nie jedna!
Wieczor spedzilam z HM rozmawiajac i popijajac przy tym herbate. Rozmawialysmy absolutnie o wszystkim. Totalnie nadajemy na tych samych falach. Rozmowy z nia polepszaja mi nastroj za kazdym razem. Ale nie tylko to. W tym ciezkim czasie wspieraja mnie moja rodzina, przyjaciele i chlopak. Dziekuje wam wszystkim za sluchanie moich zaplakanych belkotow.
Ale grunt to sie nie poddawac. Dzis w DC na murku zobaczylam napis: "In valor there is hope", wiec.. chyba nie musze nic dodawac :)

środa, 7 sierpnia 2013

Pieklo minelo, wyszlo slonce.

HM po powrocie z pracy poprosila, bym wszystko jej powiedziala. Wiec powiedzialam. I lawina lez splywala mi po policzkach. Ale uspokoilam ja, ze jestem po prostu bardzo emocjonalna osoba i bardzo zestresowana w tej chwili i dlatego placze. Wszystko zrozumiala, byla zbulwersowana zachowaniem dzieci, przeprosila mnie, przytulila. Powiedziala, ze porozmawia z nimi. Powiedziala mi rowniez, ze rozumie wszystko: moje samopoczucie, to jak ciezko moze byc itd. Wyjasnila mi, ze ich ostatnia au pair nie byla wymarzona au pair. Nie bawila sie z dziecmi, miala gdzies czy ogladaja tv, czy sa w domu badz nie. Robila minimum. Konczyla prace i czmychala z domu do swojego chlopaka. Nie jadla z nimi kolacji, w ogole nie spedzala czasu z dziecmi, nie pomagala. I nagle pojawilam sie ja, ktorej zalezy na wspolnych zabawach zamiast lezenia przed tv. Ktora interesuje sie gdzie sa, co robia i o ktorej wroca dzieciaki. Ktorej zalezy na uczeniu ich nowych rzeczy, dobrych manier itd. I pewnie nie moga sie w tym odnalezc, to dla nich wielka roznica i rozumie, ze przede mna wyzwanie, by zmienic ich tryb myslenia i postepowania.
Ta rozmowa pomogla, oczyscila moja glowe i polepszyla atmosfere. Podczas calego dnia pracy zadawalam sobie rowniez pytanie: "Dlaczego nie wybralam rodziny z jednym malym bobasem, takim jak C." I po rozmowie z HM umialam juz sobie odpowiedziec: z jej powodu. Wiem, ze z zadnym innym rodzicem bym sie tak nie dogadywala i nie miala tak dobrego kontaktu.
No ale dosc o zlych rzeczach, jestem w koncu w Ameryce! Po calym upiornym dniu umowilam sie z kolezanka z Polski, ktora poznalam na fejsie. Pojechalysmy do centrum, wtedy w koncu moglam cos przelknac. Zafundowalam sobie dawke kalorii. Siedzialysmy, duzo rozmawialysmy, poszlysm na male zakupy. Bylo super. To miasto noca wyglada super i tetni zyciem, choc to byl poniedzialek. Znajomosc na pewno utrzyma sie na dlugo :)
We wtorek mialam miec cluster - spotkanie z opiekunka i innymi au pairkami z okolicy, ale z powodu pogody zostalo odwolane. Wiec caly dzien wolny. Od rana siedzialam przy laptopie i nie wychodzilam z pokoju. Jak slyszalam krzyk dzieci (ktorymi zajmowala sie niania), to mialam skurcz w zoladku. Czekalam az wyjda z domu, wtedy szybko do kuchni po jedzenie i picie i spowrotem na gore. O 16 zorientowalam sie, ze to wcale nie jest dobre. Bolala mnie glowa, bylam zmeczona. Nie tak mialam spedzac tutaj czas. Wyszlam na spacer, potem biegalam. I od razu lepiej. Tutaj normalnoscia jest, ze wychodzisz z domu, a na ganku siedza 3 wiewiorki i 2 kroliki i cos wrzeraja. Sa tu wszedzie! I to jest super. Zjadlam kolacje z HM, rozmowa z nia jak zwykle postawila mnie na nogi.
Wieczorem M. zaproponowal mi wyjscie do centrum razem. Pomyslalam, ze to dobry znak i oczywiscie sie zgodzilam. Pokazal mi okolice i poszlismy na ciastka. (A dokladnie jedno ciastko, bo tutaj sa tak wielkie, ze ledwo dalam rade, choc M. po powrocie do domu zjadl jeszcze hot doga). HM dziekowala mi, ze spedzam z nimi czas mimo wszystko i jestem nimi tak zainteresowana.
No i sroda. Ku zaskoczeniu - bylo super. C. jak zwykle swietnie. Kate byla mila, pomagala mi, wyjasniala wiele rzeczy. Max tez nie robil zadnych problemow. Sluchali mnie, nie klocili sie ze mna. Bylismy razem w parku, na spacerze, oni spedzili duzo czasu poza domem, wiec to bylo dla mnie tez prostrze. Po poludniu zrobilismy galaktyke: z wycinanek, malowalismy tez farbami i zrobilimy planety, gwiazdy, slonce, ksiezyc, wielki napis galaxy i nakleilismy wszystko na scianie, takze HM miala wielka niespodzianke jak wrocila do domu.
No wiec zyje, mam sie dobrze. Przez ten caly stres zawitala we mnie mala tesknota. Ale wiem, ze to tez jest spowodowane tym, ze wszystko sie skomulowalo: zmiana czasu, kultury, bariera jezykowa, poczatkowa samotnosc, bo przeciez nie mam na razie przyjaciol tutaj, musze sie nauczyc wielu rzeczy. Czasem dziwia mnie metody wychowania, prowadzenia domu - na orientation uprzedzali przed tym. Ale przetrzymam to, wiem, ze bedzie coraz lepiej. Tyle planow jest do zrealizowania! A teraz juz z gorki, bo to jest moj grafik na sierpien: jutro pracuje, ale o 12:30 wraca juz HM i zabiera K. i M. na lotnisko, gdyz wyjezdzaja do swojego przyrodniego rodzenstwa na 9 dni! 9 dni! Potem pt,sb, nd i pn wolne. Praca tylko z bezproblemowym i radosnym C. od wt do czw. Pt, sb i nd wolne. W sb wracaja dzieci i przyjezdza au pair sprzed roku na 2 tyg., wiec bedzie prosciej i bede tu miala kogos z kim moge spedzic czas. Pokaze mi wiele rzeczy i to mi ulatwi zycie tutaj. Potem znow pt, sb i nd wolne - jak zawsze. W nd HM wyjezdza z dziecmi do Ohio do rodziny, wiec przez caly tydzien mam wolne i bede sama w domu tylko z ta au pair, wiec.. sami widzicie! A w miedzy czasie moja Asia (Dreaming is Believing!) przylatuje i bedzie na orientation! Wiec mam duzo wolnego czasu do zaplanowania. Washington DC, Virginia Beach, NYC albo nawet Miami? :)
A i oczywiscie juz niedlugo podboj Ameryki z moja kochana Martyna! (Walking my own path) Ma perfect match z rodzina z NYC, wiec wszystko sie spelnia. Gratuluje szczesciaro ;*
Piszac tego posta, HM puka do pokoju, zaglada przez szpare przezuwajac cos. Widze, ze w reku trzyma ciastka delicje z wedla, ktore dostala ode mnie. "Boze, jakie to jest pyszne. Taka czekolada z zewnatrz, dziwny owoc w srodku i miekkie ciastko na spodzie. Czy to typowo polskie? Jem po jednym dziennie, zeby mi starczylo na dluzej." Heheh. Takze polskie slodycze to dobry pomysl na prezent. Moze niekoniecznie zauwazycie to u dzieci, bo skala ich konsumpcjonizmu siega granic. Maja tu wszystko.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Sobota, niedziela.. pieklo

W sobote wieczorem przyjechali do nas przyjaciele HM i HD pochodzacy z Grecji, a wraz nimi przyjechala ich siostrzenica, ktora odwiedzila ich na pare tygodni. W moim wieku, super sie dogadalysmy, spedzilysmy caly wieczor razem, bylysmy na spacerze.
Niedziela minela tez super. Najbardziej podobalo mi sie jak wieczorem wybralysmy sie z HM i malym C. na spacer i wzielysmy suszi na wynos do domu, bo jeszcze zanim tu przyjechalam obiecala mi, ze sprobuje. Nie lubie ryb, wiec suszi nie brzmi dla mnie dobrze. Wzielam jeden kawalek z lososiem, bo tylko jego jestem w stanie zjesc. No i zjadlam, super, ale nie chce tego powtarzac ;p
Usiadlysmy na ganku i dlugo rozmawialymy o mojej rodzinie, o jej rodzinie, o dzieciach itp. Bylo mega milo. Pokazywalam jej zdjecia, ktore dostalam od przyjaciol i rodziny przed wylotem.
A pozniej.. no wlasnie. HM rozmawiala ze swoim ojcem przez tel., a w tym czasie dzieciaki bawiac sie ze swoimi przyjaciolmi, wyciagnely siekiere z garazu. Patrze, patrze, patrze.. SIEKIERA. Mysle: "Jak nie shotguny, to siekiery. Moze dzieci w Ameryce moga bawic sie siekierami? W koncu HM siedzi obok mnie i nic. Lepiej spytam. - H, czy oni moga to robic? - "COOOOOOOO?!" No i jazda. Przyjaciele do domu, M. do swojego pokoju. Niemile zakonczenie dnia dla nich.
A potem poniedzialek. Taaa.. poniedzialek. Nawet nie chce mi sie o tym pisac, nie chce tego wspominac. Poranek - lekki skurcz w brzuchu - pierwszy dzien w pracy: "Dam rade, dam rade..". Zaczelo sie milo, HM zyczyla nam wszystkim swietnego dnia, ktory byl dla mnie jedna wielka katastrofa. Wszystko bylo by dobrze, gdyby w nocy z niedzieli na poniedzialek pewien maly diabelek wchodzac dzieciom do glow nie stwierdzil: "Ok, te dzieci byly juz wystarczajaco mile dla tej nowej, czas pokazac jej kto tu rzadzi." No i zaczelo sie. Najgorzej bylo z K. Krzyczala, gdy jej czegos nie pozwalalam, byla szokujaco wredna i zlosliwa: "Nie chce wejsc do tego samochodu" - 10min proszenia i dyskusji. A gdy juz weszla i dojechalismy na miejsce: "Nie wyjde z samochodu" - i kolejne 10min. Potem: "Mam nadzieje, ze twoj ang. bedzie lepszy niedlugo!"Robila wszystko najwolniej jak mogla, bysmy byly spoznione. Wszystko na zlosc. Gdy nie pozwolilam jej wyjsc do kolezanki lub ogladac tv (zasady z gory, od HM), to dorwala telefon i dzwonila do HM. Chyba z 3 razy podczas calego dnia, za co przeprosilam HM, ale nie moglam nad tym zapanowac.
M. wyszedl z domu nic mi nie mowiac. I gdy to wszystko sie dzialo, a w miedzyczasie musialam pilnowac slodkiego dwuletniego C. pomyslalam: "Co ja tutaj robie? Co sobie myslalam planujac przyjazd tutaj?" I cos we mnie peklo. Ze lzami w oczach wykonywalam ostatnie obowiazki tego dnia czekajac na HM i w miedzyczasie smsujac z nia, ze to wcale nie byl dobry dzien dla mnie. O 18 skonczylam prace i zwolnilam blokade lez. I plakalam, plakalam, plakalam.. I co dalej? Pisze to siedzac na moim amerykanskim lozku, wiec nie, nie zabookowalam biletu do Polski. :)
Ciag dalszy nastapi.

sobota, 3 sierpnia 2013

Dzień dobry, jestem Plekas

Poznajcie mnie. Mam na imię Kasia. Jestem tajemniczą "K." z postów blogu MojaAjom (Martyna, Walking my own path). Wraz z "A." (Asia, Dreaming is believing!) tworzymy świętą trójcę, która podczas jakże nieudolnych przygotowań do matury, postanowiła zrobić coś "wow" i tym wow jest dla nas wyjazd do USA na rok jako au pair.

Podczas przygotowań do wyjazdu (mam tu na myśli aplikacje, interview, referencje, a później wiza, walizki, pakowanie i wszystkie inne wielkie bzdety) bardzo się do siebie zbliżyłyśmy. Skłoniło nas to do organizowania "wieczorków au pair", które bardzo często przedłużały się w "noce au pair", a czasem nawet "poranki au pair". Każda z nas miała różne zdanie w różnych kwestiach, ale w jednym byłyśmy zgodne: chcemy znaleźć dobrą rodzinę zlokalizowaną nie na bezludnej wyspie, pojechać, dobrze wykonywać swoje obowiązki, znać swoje prawa, świetnie organizować sobie czas wolny, by każdy dzień był "dniem z amerykańskiego snu". Po prostu spełniać marzenia. Ten rok jest dla nas.
Piszę o tym, ponieważ naprawdę cudownie jest mieć kogoś bliskiego, kto to wszystko rozumie i siedzi w tym razem z tobą. Takie au pairowanie zbliża, zauważyłam to obserwując anonimowo wasze blogi. Pomagałyście sobie, trzymałyście kciuki, razem się denerwowałyście i razem się ekscytowałyście. To naprawdę super sprawa. Ja podczas moich zmagań z wyjazdem również poznałam kilka świetnych osób, z którymi spędzę swój rok w Stanach, a może i te znajomości pozostaną na dłużej. W szczególności moja imienniczka – Just Believe In Your Dreams oraz Dominika (Na kawce w Białym Domu). Naprawdę dzięki dziewczyny.
Dlatego jeśli dopiero zaczynacie to wszystko - szukajcie, pytajcie, bądźcie otwarci. Jest lepiej, łatwiej i raźniej.

I'm in here! cz. 2

Gdy dotarlismy juz do domu i HM zaproponowala mi o 22:30 na kolacje chilli i lemoniade, poczulam, ze jestem w USA. Jadlam pierwsze chilli w moim zyciu z M., ktory robil makaronowego potwora :D
Spalam bardzo dobrze. Moje lozko jest tak wielkie i wysokie, ze musze sie na nie wspinac.
Na drugi dzien z dziecmi zostala niania, ale i tak spedzilam z nimi duzo czasu. Bylismy na ogrodku i bawilismy sie na placu zabaw lub skakalismy na wielkiej trampolinie. Mala K. od razu uczynila mnie swoja starsza siostra. Malowalysmy paznokcie, pokazywala mi swoje sukienki i spinki. M. jest troche bardziej niesmialy i potrzebuje wiecej czasu. Najlepiej bylo z najmlodszym, dwuletnim C.
Gdy rano zeszlam na dol po cos do picia, spojrzal na mnie i uciekl. Pomyslalam, ze to normalne. Ale po chwili wrocil ze swoja pilka i kluczykami do auta, z ktorymi nie rozstaje sie na krok i dal mi je. To bylo bardzo mile. Juz po godzinie bawilismy sie razem, ciagle chcial, bym trzymala go na rekach. Hustalismy sie, wyglupialismy na trampolinie. Gdy HM wyszla na ogrodek po swojej drzemce stanela wstrzasnieta. Powiedziala, ze to sie jeszcze nigdy nie zdazylo z au pair czy niania, zeby C. w ogole chcial podejsc do niej. Najczesciej potrzebuje jakis 4 dni, by przestac plakac i zaufac komus. Nazwala mnie czarodziejka i powiedziala, ze musi czuc sie przy mnie bardzo bezpiecznie, skoro bez problemu zostaje ze mna, gdy jej nie ma w poblizu. Powtarzala mi to caly dzien: "I can't believe it!". To bylo super mile.
Pierwszy dzien spedzilam na poznawaniu okolicy zarowno z samochodu jak i spacerujac. Bylismy na lodach z K. i HM, poniewaz K. byla zazdrosna, ze dzien wczesniej M. odebral mnie ze stacji, a ona musiala spac. HM pokazala mi metro, plac zabaw, park, ale ja i tak nie ogarniam gdzie jestem i czuje sie swiadoma tylko w domu :D ale wiadomo, to kwestia czasu.
Dzieci sa wyrozumiale, bo gdy cos mi mowia, a ja nie rozumiem danego slowa, to tlumacza mi to bardzo dokladnie i powoli, wiec nie czuje sie glupia.
Dzis rano HM pokazala mi dokladnie kuchnie i mamy w niej tajemne przejscie do piwnicy, gdzie znajduje sie spizarnia. Prowadza do niej dlugie schody w dol i to wyglada DOKLADNIE jak w horrorach. Dzis jak bylam sama w domu weszlam tam po herbate, wzielam pierwsza lepsza i ucieklam na gore heheh.
W piatek wieczorem zamowilismy pizze i ogladalismy film. Robia tak w kazdy piatek i to jest naprawde super.
Sobota i niedziela pewnie beda wygladaly podobnie jak piatek. Duzo poznawania i spedzania czasu razem. W niedziele HM nauczy mnie jak prowadzic auto, gdyz jest to oczywiscie automat. Pierwsze jazdy beda pewnie stresujace. Ale oczywiscie dam rade!
Pozdrawiam z goracego Arlington!

piątek, 2 sierpnia 2013

I'm in here!

Tak. Tak, tak. Tak. Jestem tu, w USA. Zyje. Wlasnie siedze na wielkim lozku w moim pokoju popijajac chocolate milk. Jest super. Mam teraz trzy dni nicnierobienia, ale od poczatku...
Lotnisko w Berlinie nie wspominam dobrze. Bylam tam bardzo wczesnie, za duzo czasu na zegnanie sie. Plakalam, potem plakalam, a potem zdarzylo mi sie jeszcze zaplakac. Maly problem z bagazem: "WSZYSTKIE KOSMETYKI MUSZA BYC ZAPAKOWANE W FOLIOWE WORKI!!" powtarzala niemilym glosem jakas babeczka, ktora przeszukiwala moja mala walizke. Na szczescie nie mowila tego po niemiecku, bo to bylo by juz nad wyraz straszne.
Lot za dlugi, niewygodny, w dodatku moje problemy lokomocyjne. Nic tam nie zjadlam. Nie musze chyba wspominac o samolotowym zarciu. Ale w moim telewizorku bylo duzo filmow, gier i muzyki. Gdy znalazlam plyte Shakiry i Beyonce, uzyskalam sily na przetrwanie. Na lotnisku w US wszystko poszlo gladko, znudzony pan nawet nie zadawal mi pytan, wazny jest stempel w waszym paszporcie i to wszystko. Podczas calej podrozy nie martwcie sie o swoje walizki. "O boze, moja jest wieksza ode mnie, jak ja dam rade?!" Dasz! Ludzie sa naprawde pomocni i nie jestes w tym sama. Autobusem do hotelu w Tarrytown w jakas godzine. To fajne, male miasteczko. Hotel swietny! Stroj kapielowy sie przydal ;p Jedzenie tez dobre. Rada - wszystko tam bedzie wielkie i przytlaczajace, ale trzeba byc otwartym i spedzac czas z innymi au pairkami. Chociaz tego czasu nie za wiele - wyklady sa naprawde dlugie i wyczerpujace, ale naprawde potrzebne i ciekawe, no i smieszne! Strefa czasowa zaczela wchodzic w d.. po drugim dniu. Zasypialam od razu. 70% au pairs to niemki. I tam, na orientation days upewnilam sie, ze cos jest z nimi nie tak.
Drugiego dnia NYC tour! Prezent od rodzinki. Time square, top on rock, statuta wolnosci, central park. Swietnie! Gdy weszlam na time square i zobaczylam tanczacych ludzi na ulicy poczulam, ze to jest USA.
Czwartego dnia podroz pociagiem ze Stamford do Washington DC. Tzw. podroz stresu :D
Wyszlam z pociagu, udalam sie do wyjscia a tam... rodzinka! Czekala z kwiatami. HM i najstarszy chlopak M.
I tu musze przerwac. Nie mam jeszcze swojego laptopa i korzystam z HD laptopa.
Wroce tu niedlugo! Buziaki.

niedziela, 28 lipca 2013

29.07.13 r.

Cześć.
To pierwszy i ostatni post z Polski. Jest godzina 01:00 w nocy, za półtorej godziny wyjeżdżam do Berlina, by stamtąd wylecieć do USA, a dokładnie do Nowego Jorku.
Jestem szczęśliwa, smutna, zadowolona i przerażona. I jeszcze milion innych uczuć we mnie w tej chwili siedzi.
Czas na mnie, czekają na mnie w Stanach.
Wyszłam spełniać marzenia, zaraz wracam.
K.

I oczywiście coś, co już jest tradycją: