poniedziałek, 28 lipca 2014

29.07.14 r.

Siedze w fotelu w swoim pokoju, ktory juz za pare godzin nie bedzie moj. Rozgladam sie wokol i widze puste sciany. Nastapil ten dzien. Zrobilam to. 365 dni temu przylecialam tu wystraszona, niepewna, rzadza wiedzy, przygody i uporzadkowania spraw. Dzis, rok starsza, doswiadczona, z wieksza wiedza i potluczonym tylkiem od kopow zadanych przez zycie zatrzymalam sie na te chwile, by wyskrobac ostatniego posta.
Jestem szczesliwa. Jestem usmiechnieta. Mam w glowie wyryte: "Zawsze dasz rade!". Jestem silna. Jestem soba.
Dalam rade.
Za pare godzin mam samolot do Californii, gdzie przez tydzien bede podrozowac, a kolejny leniuchowac. Za 16 dni bede w Polsce. Dostalam sie na wymarzone studia. Filologia angielska :) Od pazdziernika zamieszkam ze swoja miloscia. Blisko rodziny. O jednego prawdziwego przyjaciela wiecej. Zyskalam rodzine w Stanach, a kazdy z tej trojki urwisow ma w sobie czastke mnie.
To by bylo na tyle :)
Dziekuje.

piątek, 27 czerwca 2014

11 miesiecy!!!

Hellooo,
Juz wczesniej pisalam, ze zycie au pair to wzloty i upadki, ciagle zmiany nastrojow i podejscia. W tym momencie jestem zdecydowanie na wzlocie! No bo jak mialabym nie byc, gdy zostal TYLKO 1 miesiac?! :D
Z kazdym zachodem slonca czuje, ze to juz blizej i blizej. To uczucie jest niesamowite. Ten czas to czas podsumowan, wyciagania wznioskow, porzadkowania mysli, oczyszczenia. To, co kazdy z nas potrzebuje i przezywa, gdy konczy cos, jakis etap zycia, by zaczac kolejny, lepszy.
Zostalo mi rowno 12 dni pracy, gdyz moja rodzinka w przyszlym tygodniu wyjezdza na 10 dni. To bedzie akurat czas, by powoli zaczac zegnac sie ze wszystkimi  i zapinac ostatnie guziki. Bo nie ukrywam, ze porzadki juz zrobilam i jestem gotowa by sie spakowac :D Wyslalam paczke z ciuchami zimowymi do Polski, bo nie bylo mowy bym zabrala wszystko w walizce.
Moja Kacha wprowadza sie do mnie na czas nieobecnosci rodzinki, bo konczy juz program. W przyszly weekend skacze ze spadochronem, w koncu zabukowane, wiec na pewno, OMG.
To juz dwa miesiace odkad moja mama wyjechala. Czas leci.
W te niedziele mam ostatnie zajecia, historia Ameryki :D cos co lubie najbardziej, pozdrawiam Popa. Dostaje dyplom, wysylam do agencji i czekam na bilet do Polski :) Chociaz dlugo sie nia nie naciesze, bo zaraz po tym lece do Bulgarii. Tak jakos.. bo 2 tygodnie wakacji w LA nie wystarcza :P
Ostatnio przyszly mi na mysl golabki babci, hahah, to nie jest tak, ze mysle o jedzieniu ciagle, w sensie, moze i jest, ale pomyslalam i po prostu lzy mi polecialy :D kto nie doswiadczyl, ten nie ogarnie.
Ja po prostu nie moge sobie poradzic z tym co oni tu jedza i jak to jedza. Chlebie polski gdzie jesteees.
Travel month zabukowany. Tydzien objazdowki po calym west coast, a drugi tydzien nicnierobienia na plazy w LA. Potem wracam na jedna noc do DC zabrac wszystkie rzeczy, poznac nowa au pair, ostatni czas z dzieciakami i fruu.
Z jednej strony nie moge sie doczekac, a z drugiej troche sie boje. Boje sie, ze bede miala "kaca", tak ogolnie mowiac. Wszystko bedzie takie dziwne.
Nie wiem tez jakie to bedzie uczucie bez dzieciakow. Czasem chce je wyslac w kosmos, ale to jak z mlodszym rodzenstwem, kocham je i to sa juz moje dzieci. Znam je jak nikt inny. Wiem czego potrzebuja, co lubia a czego nie, co ich zlosci, co uspokaja, rozpoznaje kiedy klamia. Wszystko.
Maly wciaz pamieta moja mame i o nia pyta. Je sniadanie i nagle: "A gdzie Iwona?" I gdy mu tlumacze, ze ja niedlugo tez wyjade, bo tesknie za Iwona i wracam do swojego domku, to on mowi: "Nie. Nie mozesz wyjechac. Ja musze byc z toba." I tylko lzy sie cisna do oczu. Ostatnio mowi: "Nie wyjezdzaj. Jak wyjedziesz, to ja ide z Toba. I bede z Toba i z Iwona." Wzial swoj kocyk, smoczki, podszedl do mojej Hostki i mowi: "Mamo, musze odejsc." Hahah slodziak :)
Moj najstarszy chlopak bardzo zle sobie radzi, gdy ludzie odchodza. Panikuje nawet, gdy hostka sie spoznia z pracy. Ostatnio podszedl do mnie ze lzami w oczach i mowi: "A jak ona juz nie wroci?" Masakra. Wydaje mi sie, ze to przez sytuacje z ojcem i tez przez to, ze co roku osoba, do ktorej zdazyl sie juz przywiazac odjezdza. Na zawsze. Ostatnio powiedzial hostce, ze czasem jak go odwoze do szkoly do on sie boi, ze juz nie wroce, nie przyjade po niego. Ze sie nie pozegnam. To jest straszne!
Ale to oficjalnie moje dzieci. Wiedza co to pyrganie, robia mi masaze i znaja piosenki Shakiry na pamiec. Moje! :)
Wlasnie siedze w starbucksie, gdyz robia nam droge przy domu i zerwali linie, zero tv, teleofnu i wifi = zero kontaktu ze swiatem. Tego wlasnie bedzie mi brakowac - wsiasc w auto z rana i pojechac z lapkiem do starbucksa, gdzie moge wypic piszna i TANIA kawe.
Chyba nawet po tym poscie mozna wyczuc, ze czuje sie lepiej :) Ostatnio ktos mi npisal komentarz, ze widac, ze ten wyjazd mi nie sluzy, zebym wracala. To nieprawda. Pisze co czuje, a nie ukrywam, ze czesto czulam sie tu zle. Bo to nie jest twoj dom i nigdy nie bedzie, niezaleznie od tego jak super masz rodzinke. Ale wszystko po cos. Ja czuje sie dojrzalsza i zaradniejsza. Wyjezdzajac tu wiedzialam, ze nie ma granic w moim swiecie. Teraz wiem, ze nie ma granic na swiecie. :)

czwartek, 29 maja 2014

10 miesiecy

Wow. To juz chyba tak bedzie, ze post bede publikowala na miesiecznice, i to co druga. Wiec pewnie kolejny bedzie juz pozegnalnym. 29. maja - 10 miesiecy.
Nie wiem co napisac. Mialam tu opisywac swoj rok w stanach, ale codziennosc pozarla ten zapal.
Skonczylam zajecia na Georgetown University. Zapisalam sie na kolejne, historia i sztuka ameryki, cos w tym stylu. Zajecia weekendowe, dwie niedziele i z glowy, 6 kredytow zrobionych, bedzie certyfikat i koordynatorka sie ucieszy :)
Na zakonczenie zajec w Georgetown mielismy super spotkanie kulinarne, kazdy ugotowal cos popularnego w kraju z ktorego pochodzi, ja oczywiscie nalepilam pierogow. Mielismy Rojanina w grupie, ktory przyniosl swoja narodowa potrawe.. vodke :D
5 tygodni z mama. To bylo mega. Niesamowite, ze mogla zobaczyc moje zycie tutaj, poznac moja host rodzine, przyjaciol, towarzyszyc mi. Wybralysmy sie do NYC i zwiedzilysmy wszystkie miasteczka w okolicy. Mialam w koncu dobre jedzenie, obiadki <3 wspolne ogladanie filmow, spacery, kawa.. to wszystko za czym tesknilam i docenilam gdy stracilam. No a potem mocny powrot do rzeczywistosci. Dzien zaloby.
A gdy ja znow zobaczylam na skype.. najdziwniejsze uczucie ever.
W miedzyczasie mialam urodziny. Dziekuje za niespodzianke, ktorej sie spodziewalam heheh. Trafione prezenty. Od host rodziny tydzien w Orlando, Disneyworld. A od rodzicow skydiving, ktory bukuje juz w tym tygodniu!
Od wyjazdu mamy minely juz 3 tygodnie, choc czuje jakby to bylo pol roku albo w ogole mi sie przysnilo. Czas z nia minal mi niesamowicie szybko.
A od tamtej pory rutyna. W tygodniu praca, weekendy glownie z Kacha i Mita.
Oduczylam mojego malego nosic pampersy, co bylo niewykonalne dla hostki (duma).
Kontakt ze starszymi dzieciorkami w porzadku, choc glownie z K., bo M. denerwuje mnie i staram sie go unikac lol.
Zla au pair :D
Teraz akurat przyjechala babcia z wizyta, takze jest ok.
Coraz czesciej uswiadamiam sobie, ze bedzie mi okropnie ciezko zostawic malego C.
Dla niego to tez bedzie duzy wstrzas. Hostka juz nie wie co zrobic i jak mu to wytlumaczyc, bo nigdy sie tak do nikogo nie przywiazal. To slodkie. I przykre.
Ale z drugiej strony jestem juz bardzo gotowa by wracac. Jestem zmeczona. I bardzo tesknie. Bardzo. Tak bardzo mega bardzo.
Oprocz tego jest teraz zapierdziel z papierami na studia i wszystko jest 3 razy trudniejsze, gdy jestes poza krajem. Musze w to angazowac rodzicow i chlopaka, ktory tez niedlugo wyjezdza i bedzie jeszcze trudniej, bo szukamy mieszkania i w ogole.. nie wiem kto to za nas zrobi.
Mam wciaz mieszane uczucia co do tego wszystkiego co sie wokol mnie dzieje. Ogolnie nie wiem co, po co i dlaczego. Jedyne co wiem, to ze kiedys nadejdzie dzien, w ktorym zrozumiem dlaczego tu przyjechalam i docenie to co tu przezylam. Na razie wydaje mi sie, ze gore biora emocje i ogromna tesknota, dlatego zyje na zasadzie: "jeszcze dwa miesiace".
Zabukowalam tez travel month. 8 dni w Los Angeles i Las Vegas i objazdowka wszystkiego na okolo oczywiscie (wielki kanion, universal studio, San Francisco etc.) i dodatkowy tydzien na nicnierobienie na plazy w LA.
13 sierpnia lot do domu, wiec podejrzewam, ze 14. bede juz calowac polska ziemie :)
Mimo jeszcze dwoch miesiecy, samych dni pracy zostalo mi tylko 25, bo rodzinka w lipcu jedzie do Ohio na dwa tygodnie, wiec wyszlo tak, ze bede miala duzo wolnego. Yaaay!
A i tak na marginesie mialam dzis stluczke. Pierwsza w zyciu. Pierwsza w Ameryce. Nie z mojej winy oczywiscie ;p bylam na parkingu i babka zaczela cofac i chyba zapomniala spojrzec w lusterko. Ehhh kocham amerykanow.
A teraz weekend. W kolejny weekend juz Floryda. Potem szkola. Potem 4 lipca i rodzinka wyjezdza. A potem dwa tygodnie pracy i zegnaaam.
Nie brzmi tak zle ;)
Pozdrawiam.


niedziela, 30 marca 2014

8 miesiecy

29 marca minelo 8 miesiecy. Wow.
Co przez ostatni czas robilam?
W sumie przez wiekszosc czasu marudzilam, plakalam i zastanawialam sie nad sensem tego wszystkiego.
A w miedzy czasie bylam w Bostonie, ktory naprawde pokochalam. Ludzie dziela sie na tych, ktorzy nienawidza nowego jorku i tych, ktorzy go kochaja. Ja z pewnoscia naleze do tych pierwszych, wiec Boston, nieco mniejszy, mniej brudny, mniej niebezpieczny wydal mi sie po prostu piekny. No i oczywiscie niewazne gdzie, wazne z kim - towarzystwo mojej kochanej Kasi sprawilo, ze ten pierwszy weekend marca byl bardzo udany.
Pozniej rutyna. Praca, szkola, praca, szkola. Ogolnie szkola spoko, ale nudno, myslalam, ze bedzie na lepszym poziomie i ze przygotuje sie tam choc w polowie do egzaminu toefla, ale niestety, wciaz nawet nie wiem jak ten egzamin wyglada. Profesor jest oczytany i smieszny, ale woli przegadac cale zajecia na temat muzyki, polityki, pogody etc, wiec od pewnego czasu ksiazka jest moim nierozlacznym towarzyszem na zajeciach, a ze ksiazka po angielsku, to tez jakas nauka jezyka, no nie? ;)
Za 4 miesiace koncze program. Wybieram sie na zapewne najlepsze wakacje w moim zyciu. A potem wracam. Wracam.
Wciaz nie mam dobrego planu na przyszlosc, te najblizsza, po powrocie. Ale wiem jedno. Juz sie nigdzie nie wybieram. Z podrozowania nie zrezygnuje, ale nie na tak dlugo i nie sama.
Wciaz nie przejdzie mi przez gardlo slowo "zaluje", ale jest ciezko bez rodziny i jest najciezej na swiecie bez mojej milosci. I tu chyba tkwi najwiekszy problem. Tesknota za Nim wyzera mnie od srodka.
Ale juz za tydzien, jeden malutki tydzien, dokladnie 7 dni bedzie tu moja mama. To uczucie jest nie do opisania. Po prostu nie wierze.
A w ten weekend jade do NYC, a potem do Kanady, Toronto. Wiec Niagara i te sprawy.
Ale tak poza tym to tu naprawde nudno ;)

sobota, 8 lutego 2014

Zycie jak w Madrycie. Albo.. w Ameryce

Leci, jakos leci.
Zaczelam szkole. Ucze sie na Georgetown University iii jestem z tego baaardzo zadowolona, gdyz zajecia sa super, ciekawe i smieszne iii bardzo dumna, gdyz poziom jest wysoki. Profesor jest mega fajnym gosciem dzieki czemu czas szybko mija i jest duzo smiechu.

Czuje sie srednio, bo nie moge sie jakos ogarnac. Niby jest wszystko ok, ale czegos mi brakuje. ( tak, prawdopodobnie ciebie P.) i ogolnie mam dziennie milion roznych nastrojow.
Tyle bym chciala zrobic i przezyc, ale jakos tak.. mi sie nie chce xd trudno sie zmobilizowac, znow zaczelo sie liczenie dni i ogolnie.. no, apropos liczenia: za 8 tygodni bedzie tu moja mamita! A za 2 tyg. koncert Timberlake'a!
Nie wiem, nie wiem.. moze te nadchodzace wielkimi krokami walentynki tak mnie doluja.
Czekam na wiosne. BARDZO czekam.
Duzo sie teraz waznych rzeczy dzieje wsrod moich bliskich w Polsce i zle mi, ze nie moge w tym uczestniczyc.

Ale skupiajac sie bardziej na zyciu tutaj, to dzis dobrowolnie posiedzialam z dzieciakami pare godzinek, bo hostka ostatnio mega zle sie czula. i Mowila mi, ze jest wykonczona, czemu sie akurat kompletnie nie dziwie. Wiec Kasia, dobra duszyczka, zaproponowala jej zeby odpoczela, zrobila cos dla siebie, a ja wezme te diably do parku i na lunch. Nikt mi nigdy bardziej nie dziekowal, zostalam wrecz zasypana podziekowaniami.
Ostatnio, 7:35 rano kasia schodzi z jednym okiem jeszcze zamknietym na dol, a hostka w stuprocentowym podnieceniu: "Kasia! Czy ty juz wiesz co chcesz robic na urodziny?" (sa w kwietniu) - "Eeee....." - "No bo ja mam juz kilka super pomyslow! Oczywiscie cos specjalnego, bo twoja mama z nami juz bedzie!" Eh, kocham te kobite.

Gdzies mi sie przypomnialo, ze w tej calej grudniowej tesknocie i przygotowaniach do wyjazdu do Polski, nie napisalam, ze zdazylam juz odwiedzic ER :D Ale mnie sie nic nie stalo, tylko moja Kacha potrzebowala pilnie pomocy, bo jej reka byla w strasznym stanie. Moja hostka sie wszystkim zajela, a my pojechalysmy. Ta siedzi w tym fartuchu za kurtyna (wszystko identycznie jak w serialach), a ja jej pstrykam foty heheheh.

Znalazlam u mojego Maxa wszystkie czesci HP i teraz calymi dniami siedze i czytam plus filmy. W sumie to mega sposob na poprawe angielskiego ;)
Apropos Maxa, ostatnio siedze z nim i Kate, robimy lekcje, on ja wyzywa: "Masz 7 lat i sikasz w majty!" No to ja, chcac ja obronic, mowie: "A ty 9 i wciaz placzesz jak bobas, gdy ci sie zabroni np. ogladania TV." Na to moje najukochansze dziecko: "No tak, ale ja przynajmniej wiem, ze jak zaplacze, to dostane wszystko co chce."   AHA. NO COMENTS.

Wczoraj w nocy kino - That awkward moment - polecam, takie do posmiania, a dla tych delikatnych jak ja, nawet i do poplakania.
A dzis do klubu na urodziny. Bedzie duzo ludzi, zapowiada sie fajna impreza.

A tak to nudy ;p Taka tam.. Ameryka..

piątek, 31 stycznia 2014

No matter where you go, there you are.

Tydzien pelny przemyslen.
Bo po co tak naprawde wyjechalam?
Czy zle mi bylo w moim ogromnym lozku z sliniacym sie we snie psem lezacym w nogach? Mama podajaca sniadanka do lozka? Babcia robiaca obiady na zawolanie? No nie. Bylo ekstra.
Ale chyba wlasnie po to wyjechalam, by nauczyc sie bez tego zyc. Moja mama wciaz mi powtarza, gdy dzwonie do niej zaplakana, bo deszcz pada (tak, au pair potrafi plakac z tego powodu): "Kochanie, ja wieczna nie jestem, musisz sie z tym uporac sama". I wiem, ze ma racje. Jestem tu, by uporac sie z tym sama - z dorosloscia. Wyjazd w tym wieku to taka terapia wstrzasowa. Bo nawet w nd nie moge wpasc do domu na cieply rosol.
Czesto o tym mysle, jak bedzie gdy wroce. Co sie zmieni, co zostanie takie same. No bo przeciez to juz blizej niz dalej - 29 stycznia minelo pol roku :)
I dochodze do wniosku, ze moge byc pewna tylko jednej rzeczy, ktora bedzie taka sama po powrocie - JA. Troche starsza, bo dwudziecha zaraz strzeli. Troche dojrzalsza, zaradniejsza, z lepszym angielskim, odwazniejsza.. ale ta sama. Kochajaca chipsy i kawe. Wykorzystujaca ludzi do drapania po plecach. Ogladajaca horrory, nawet gdy potem w nocy nie moze spac. Szalejaca na punkcie Shakiry...

Dla tych, ktorzy wciaz zastanawiaja sie nad wyjazdem i nie wiedza jaka decyzje podjac:

1. Przyjaciele? Zawsze beda. Ich grono na pewno sie wykruszy. Zostana nieliczni. I oni nawet czasem beda cie wkurzac: "Nie odpisuje mi drugi dzien, na pewno o mnie zapomniala!" No nie. Zycie tam dalej sie toczy, kazdy ma swoje zajecia. I chociaz zyczylabym sobie, zeby moi znajomi czesciej sie do mnie odzywali, nie mam im tego za zle. Tak, to prawda, wypadniesz z tego pociagu i zmienisz kurs. Ale predzej czy pozniej i tak to by sie stalo ;)

2. Chlopak/dziewczyna? Jest ciezko, nie ma co ukrywac. Czasem lepiej, czasem gorzej. Skejpowa milosc z czasem zaczyna wkurzac, relacja sie oslabia. Zastanawiasz sie czy bylo warto. To nie jest tak, ze poswiecasz milosc na spelnianie marzen. Jesli naprawde sie kochacie i jest to prawdziwe, to to przetrwacie. Jesli nie - no to po co tracic czas na cos nieprawdziwego co z czasem samo sie rozklei - idz spelniac marzenia!

3. Strach przed porazka? Porazki nie ma dopoki walczysz.

To duzo powie o zyciu zagranica: http://thoughtcatalog.com/kailee-mcevoy/2014/01/6-things-no-one-ever-tells-you-about-living-abroad/

Dlatego gdybym miala podjac te decyzje jeszcze raz, zrobilabym to samo.

"No matter where you go, there you are."

Ps. Pozdro dla szwagra ;)





niedziela, 26 stycznia 2014

To i tamto, to wszystko

Grudzien. Oj nigdy wiecej takiego grudnia. Swiatla swiatelka, muzyczka, nastroj.. wszo swiateczne. I bylo by to idealne, gdyby.. moj chlopak, grupka moich przyjaciol, siostra, rodzice, dziadkowie, siostrzenia, pies.. gdyby wszyscy byli ze mna. To bylo jedno wielkie czekanie. Czekanie na 19 grudnia. Wylot na swieta do polski. Dluga podroz, stres, nerwy, radosc, szczescie, lzy. LZY. Ciagle i bez umiaru. Zobaczenie rodzicow i siostry na lotnisku po 5 miesiacach? Nie wiem, nie wiem jak mam to nazwac. Nie moge tego z niczym porownac. Moje najdrozsze dziecko na swiecie, moja siostrzenica bez zadnych obaw przytulila sie do mnie: "ciocia Kasia przylecia z Ameryki". Moj najwiekszy strach, ze ona bedzie mialy obawy co do mnie - prysl. I lzy, lzy, lzy. Taka duza, a tyle juz mowi. I ja nie bylam tego czescia.
Teraz moge juz o tym napisac: moj chlopak nie wiedzial, ze przylatuje 19 grudnia. Moja siostra zaprosila go do siebie na pogaduszki, a gdy zapukal do drzwi, ja mu je otworzylam. NIE DO OPISANIA.
10 dni cieszenia sie tym, co jeszcze pare miesiecy temu bylo moja codziennoscia. No i JEDZENIE!
Wigilia z cala rodzina. PIEROGI I USZKA. Normalne mleko, CHLEB, prawdziwe mieso. I nic nie jest slodkie. Juz zapomnialam, ze szynka moze nie byc slodka, a i w chlebie nie ma cukru.
Najlepsze wakacje jakie mialam, i o dziwo w domu. Cudowny czas. Dziekuje wam ;*

Bylo milo, ale sie skonczylo. 30 grudnia historia powtorzyla sie z 29 lipca. Nieprzespana noc, wczesnym rankiem wyjazd do Berlina. To samo miejsce, te same lzy. Ale nie bylo az tak zle, jak to sobie wyobrazalam. Szczerze mowiac, bukujac bilet do Polski we wrzesniu, przechodzilo mi przez mysl, ze juz nie wroce do USA. Ale to by bylo niemozliwe. Ja mialabym czegos nie skonczyc? Poddac sie i uciec? Zostawic moja wspaniala rodzine w Stanach? Nie, to nie ja. JA dam rade.
No i dalam, znow tu jestem :) Pozegnanie na lotnisku, w tym samym gronie: ja, rodzice i moj chlopak, nie bylo takie straszne. Plakalam, ale caly czas sie usmiechalam. Wiedzialam gdzie lece. Znam to miejsce i ludzi, wiem co mnie czeka. A co czekalo? Sylwester w Nowym Jorku! A z kim? Z Polska! Z Asia, Joonka.
Dopiero sie pozegnalam z Polska, a po 8h znow ja przywitalam. Rzucilysmy sie na siebie i znow bylo dobrze.
Dolaczyla do nas Mita i tak oto, wciaz zyjac na walizkach, z Manhattanu na Bronx i spowrotem. Zimno, bardzo zimno. Szybki ogar i jedziemy na rooftop hotelu przy Time Square, by celebrowac nowy rok. I bylo bardzo fajnie.
I znow powtorka z wyprawy do Filadelfii - nie spalam prawie 3 doby i mdlalam juz ze zmeczenia.
Ale dalysmy rade, pojechalysmy do DC kolejnego dnia, majac jeszecze tydzien wolnego, same w domu! Swietnie spedzony czas. A potem.. znow pozegnanie.
Doceniasz wszystko bardziej, gdy tak czesto musisz sie zegnac z kims, na kim ci zalezy, kto do niedawna byl czescia twojego zycia, codziennie.
I tak potem jakos wszystko wrocilo do normalnosci. Praca, dzieci, weekendy z dziewczynami. Smiech, a potem placz. Szalenstwo, a potem tesknota.
I znow minal miesiac, kolejny miesiac. A co to oznacza? Ze za 2 dni, 29 stycznia minie polowa. Polowa juz za mna. Do konca tej przygody juz blizej niz dalej. Z jednej strony niesamowicie sie ciesze, z drugiej.. jest dziwnie.
Hostka powiedziala mi, ze w najblizszym czasie zabierze sie za szukanie kolejnej au pair. Serio? Juz? To juz zaraz bede zyla ze swiadomoscia, ze niedlugo jakas Kowalska bedzie spala w moim lozku? Ze w szafie beda jej ubrania zamiast moich?
A wiecie czemu Kowalska? Hostka chce Polki! Ale sie ucieszylam. Jestem dumna, bo to oznacza, ze wykonuje dobrze swoja robote, ze jest zadowolona, ze dobrze "reklamuje" swoj kraj heheh.
Hostka jest naprawde cudowna osoba i zyje mi sie w tym domu super. Jest otwarta na wszystko, uwielbia moje kolezanki i wciaz przesiadujemy u mnie w jej towarzystwie.
Z dzieciakami tez bez problemow.
Najwazniejsza rzecz na swiecie? MOJA MAMA DOSTALA WIZE I JUZ MA BILET DO USA!
7 kwietnia przylatuje na calutki miesiac. Miesiac w Stanach z moja mama - ME GA!
A 29 stycznia zaczynam zajecia na Georgetown University w DC. Stres, bo mam egzamin wstepny i nie wiem czego sie spodziewac. Zapisalam sie na przygotowanie do egzaminu Toefl.
No i tak jakos leci, raz lepiej, raz gorzej.. Bardzo tesknie. Czasem az nie do wytrzymania. Ale potem przychodzi kolejny dzien i kolejny.. A teraz bedzie juz tylko coraz lepiej, bo coraz cieplej i dni dluzsze.
Wspominalam, ze tutaj jak spadnie odrobina sniegu, to od razu zamykaja szkoly i ludzie nie chodza do pracy? No smiech na sali. 5cm sniegu nazywaja burza sniezna. Nie wiedza co to opony zimowe i ogolnie taka ta Ameryka.. zacofana xd
Moja hostka jest przeswietna. Wiedzac, ze moj chlopak interesuje sie lotnictwem, zdobyla dla niego kurtke pilotke, taka typowo amerykanska z filmow :D
W zamian oczywiscie moj mezczyzna rowniez przekazal prezent dla niej, wiec jest juz wkupiony w moja amerykanska rodzinke i moze wpadac xD

Dziekuje najblizszym, ze rozumieja kazdy moj stan, wspieraja mnie zawsze i zyja moim zyciem tutaj wraz ze mna. Bardzo was kocham i przerazliwie tesknie. Ale wciaz tu jestem, wiec nie jest chyba az tak zle :)
Dziekuje rowniez moim kochanym laseczkom tutaj, ze ze mna trwaja, pomagaja i rozumieja.
Dziekuje, ze spotykam dobrych ludzi na mojej drodze.
I duze przepraszam, ze tak zamulilam z blogiem i to olalam. Ale czasem tak jestem smutna, ze nawet nie mysle o napisaniu czegokolwiek. A potem jestem tak szczesliwa, ze po prostu nie mam czasu :)
Bedac tutaj codziennie ucze sie siebie.
A wiecie co jest najbardziej przerazliwe? Czas. Czas, ktory wciaz plynie, nie da sie go zatrzymac i wciaz pokazuje nam jak bardzo nie doceniamy chwil.
Bo 4 tyg. temu jeszcze lezalam w jego ramionach, a dzis juz tylko przytulam miska od niego.
Bo 6 tyg. temu cieszylam sie na wyjazd do Polski, a dzis juz planuje wycieczki po Stanach z moja mama.
Bo w pazdzierniku kupilam bilet na JT mowiac: "Yep, super, ale to za 5 miesiecy" A teraz zastanawiam sie w co sie ubrac, bo to juz zaraz.
Czy to nie magiczne? Ale i smutne i straszne?
Dlatego jutro, gdy sie obudze i wstane z lozka, zrobie to z usmiechem na twarzy, bo ten dzien juz nigdy wiecej sie nie wydarzy.
Nie moge sie doczekac, gdy bede juz w Polsce, ale nie jestem jeszcze gotowa, by tam wracac.
Kocham to, co mam.
Sciskam!